Kryzys na Ukrainie, oprócz poważnego zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa, stworzył też Polsce największą od bardzo dawna szansę wzmocnienia swojego geopolitycznego znaczenia.

Mogliśmy, wykorzystując przebudzenie części elit państw naszego regionu, podjąć działania na rzecz wzmocnienia pozycji Warszawy w Europie Środkowo-Wschodniej. Niestety wygląda na to, że zamiast Polski tę szansę wykorzystały… Niemcy.

Kanclerz Angela Merkel, mimo kontynuowania bliskiej współpracy gospodarczej z Moskwą, jednoznacznie w sferze gestów zdecydowała się na kroki wzmacniające poczucie bezpieczeństwa mniejszych państw naszego regionu. Poprzez podjęcie się roli arbitra w sporze rosyjsko-ukraińskim dała do zrozumienia, iż mniejsze państwa mogą w Berlinie widzieć gwaranta stabilizującego sytuację. W zamian Niemcy oczekują jedynie dobrowolnej akcesji tych państw do swojej strefy wpływów.

Nie oznacza to jednak wchodzenia w konflikt z Federacją Rosyjską. Berlin, podobnie jak to już miało miejsce w historii, dąży do podziału stref wpływów w Europie. Wygląda na to, że najwygodniejszym dla Niemców wariantem, o którym głośno się nie mówi, byłby podział Ukrainy. Jestem przekonany, że Angela Merkel jest w stanie zaakceptować pozostawienie wschodniej części Ukrainy w rękach Władimira Putina, przy gwarancji utrwalenia niemieckich wpływów w jej zachodnim obszarze. Prawdopodobnie temu celowi ma służyć propozycja natychmiastowego zawieszenia broni, złożona przez szefową niemieckiego rządu.

Niezależnie od dalszego rozwoju wypadków, Polska przegrała walkę o Ukrainę. Nie wykorzystaliśmy minionych lat na wzmocnienie naszej pozycji wewnątrz Unii Europejskiej, decydując się zamiast tego na płynięcie w tzw. głównym nurcie. Przespaliśmy szansę jaką mogła być instalacja w naszym kraju elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej.

Dzisiaj jesteśmy zbyt słabi, by samodzielnie pretendować do roli czynnika stabilizującego Europę Środkowo-Wschodnią, mimo że nasz potencjał jako największego państwa regionu teoretycznie na to pozwala. Skutkiem rezygnacji z „jagiellońskich mrzonek” będzie wzmocnienie się Moskwy na drodze do odbudowy postsowieckiej strefy wpływów oraz wkroczenie Berlina jako czynnika równoważącego wpływy Rosji.

Dzisiaj wschodnia część Ukrainy widzi swojego patrona w prezydencie Rosji, zachodnia zaś w kanclerzu Niemiec. Na skutek fatalnej polityki Donalda Tuska nikt natomiast nie widzi patrona w Polsce.

Okazuje się, że kolejny raz rację miał śp. Prezydent Lech Kaczyński, który rozumiał że Polska jest zdolna do odgrywania podmiotowej roli na wschodzie. Dzięki jego aktywności w 2008 r. zdołaliśmy wzmocnić wpływy Polski w Gruzji, co mogło być zaczątkiem budowy silnego bloku państw w Europie Środkowo-Wschodniej, w którym przywództwo objęłaby Polska.

Niestety, w realizowanym obecnie scenariuszu równowagi sił między Berlinem a Moskwą dla Warszawy nie przewidziano żadnej pierwszoplanowej roli.