George Friedman to amerykański politolog, który od czasu do czasu może się mylić, zwłaszcza gdy snuje długoterminowe prognozy. Ale zawsze trzeba go słuchać uważnie. Zwłaszcza wtedy, kiedy analizuje sytuację bieżącą, bo tu nie ma sobie równych. Jest założycielem i dyrektorem instytutu Stratfor – czołowej nie tylko amerykańskiej, ale i światowej prywatnej agencji wywiadowczej. Prywatnej, ale wieloma nićmi związanej ze światem amerykańskich służb specjalnych.

W ostatnich dniach Friedman opublikował dwa teksty, które można przeczytać w tym oraz tym miejscu. Oba poświęcone kryzysowi na- i wokół Ukrainy.  Czytane razem tworzą analizę o doniosłości wręcz fundamentalnej. Zwłaszcza dla nas, obserwujących rzeczywistość z polskiego punktu widzenia.

Warto przy tym zauważyć, że nie jest to punkt widzenia Friedmana. On patrzy na rzeczy nie jako polono- czy ukrainofil (nie jest ani jednym, ani drugim), tylko trochę jako amerykański decydent, myślący o interesie USA, przy czym myślący w kategoriach zimnego Realpolitik w stylu Bismarcka, a trochę jako chłodny obserwator-naukowiec. To czyni jego obserwacje i konkluzje tym ważniejszymi.

Friedman konstatuje, że wokół i na Ukrainie nieoczekiwanie aktywne są ostatnio zarówno Niemcy, jak i Ameryka. A jest to aktywność skierowana zdecydowanie przeciwko Rosji i jej polityce ukraińskiej.

Może to być pewnym zaskoczeniem. Przecież jeśli chodzi o Berlin to przywykliśmy do sytuacji, w której Niemcy grają raczej na porozumienie, wręcz bliskość i tzw. specjalne relacje z Moskwą.  I choć po załamaniu się nadziei na demokratyzację Rosji, które na Zachodzie wiązano do pewnego momentu z „przejściowym” prezydentem Miedwiediewem miłość niemieckich elit do Putina osłabła, a nawet ustąpiła miejsca rozczarowaniu i pewnej niechęci, to od tego do aktywnego przeciwstawiania się Kremlowi na terytorium, uważanym przezeń za własną strefę wpływów droga daleka. A to się właśnie na naszych oczach według Friedmana dzieje.

Z kolei USA epoki Obamy wprawdzie nie mają już nadziei na słynny „reset” w relacjach z Moskwą, ale przecież nie zmienia to faktu, iż w hierarchii zainteresowań i priorytetów demokratycznej administracji Europa środkowa, a już zwłaszcza wschodnia sytuują się znacznie bliżej końca, niż początku. To do niedawna skłaniało Biały Dom do ograniczenia ambicji w tym rejonie. Im bliżej do bezpośredniej granicy Federacji Rosyjskiej, tym to ograniczenie było ostrzejsze.

To wszystko już przeszłość – komunikuje nam Friedman. Obie zachodnie potęgi na Ukrainie aktywnie przeciwdziałają zamiarom Kremla i wchodzą z nim w sytuację jawnie konfrontacyjną.

Dlaczego?

Berlin – Mitteleuropa jest nasza…

Między innymi dlatego, że jak pisze dyrektor Stratfor w ostatnich latach „Moskwa rozpoczęła polityczną i gospodarczą ofensywę w Europie środkowej". A przecież:

Polska, Czechy i Słowacja są niezbędnym składnikiem niemieckiego łańcuchu dostaw i źródłem względnie taniej siły roboczej. To, że powinny one pozostać w niemieckiej strefie wpływów, dla Berlina nie podlega negocjacjom.

Z tym m.in łączy się wg. Friedmana "fakt, że Niemcy aktywnie wspierają opozycję na Ukrainie". Oznacza to, że:

coś się zmieniło w niemieckim myśleniu o Rosji. Wygląda na to, że rząd niemiecki ustalił, iż Rosja ma wielkie problemy wewnętrzne, że jej pozycja w Europie jest słabsza niż się wydaje, iż ryzyko zastosowania przez nią broni energetycznej jest minimalne, i że związki ekonomiczne z Rosją nie przynoszą żadnych korzyści, poza tymi wynikającymi z handlu energią.

To oczywiście tylko jednak z przyczyn zmiany polityki RFN wobec FR. Inna, chyba najgłębsza, to po prostu dokonujące się od kilkunastu lat akceptowanie przez Niemców ich mocarstwowej pozycji (w okresie Niemiec Zachodnich sami ją celowo ograniczali).

Inna przyczyna to presja na Berlin ze strony Warszawy i innych stolic środkowo- i wschodnioeuropejskich, obawiających się rosnących aspiracji Kremla i odbudowywania przezeń strefy wpływów. Jest to zdaniem Friedmana element mniej istotny, choć o tyle ważny, że do pewnego stopnia stawiający Berlin w pozycji wyboru – bo całkowite  désintéressement wobec obaw sojuszników podważałoby jego wiarygodność jako lidera Unii Europejskiej.

Jeszcze inny element sytuacji, tak jak według Friedmana postrzega ją Berlin, to czynnik węgierski. „Berlin musi walczyć o czas, zwłaszcza w centralnej Europie, gdzie Węgry wybrały niezależny kurs i są bacznie obserwowane przez inne kraje” – pisze Amerykanin. W tej sytuacji Niemcy tym bardziej muszą wykazać się wobec Środkowoeuropejczyków w roli przywódcy regionu.

Skomentujmy to: i tak oto Orban, jak się okazuje, pomógł Polsce. Przy czym nie tylko po prostu swoją niezależnością ideową, ale paradoksalnie również (może bardziej?) swym zwrotem na Wschód, graniem z Kremlem. Bo to jak widać przestraszyło Berlin. A co się stanie z naszą imperialną pozycją, jeśli za Orbanem pójdą inni…? – zaczęto jak widać zadawać sobie pytanie nad Sprewą.

…a Stalingrad zapomniany

Najistotniejsze jest jednak to, o czym pisaliśmy wyżej. W niemieckich elitach, według Friedmana, narasta przekonanie, że pieszczone (co prawda w różnym stopniu) przez kolejnych kanclerzy federalnych „szczególne relacje” z Rosją nie dają w sumie Niemcom nic istotnego.

Zapewne (to już nie Friedman, tylko ja) swoją rolę w dojściu do owych konkluzji odegrała cecha putinizmu, która odróżnia ten system od rozmaitych innych autokratyzmów – a mianowicie fakt, że żaden właściciel, w tym zagraniczny , a więc również i niemiecki nie może być w Rosji pewien swojej własności. W każdej chwili może otrzymać „propozycję nie do odrzucenia” – bo jakaś frakcja kremlowskich czynowników zdobyła przewagę nad inną, tą która zdecydowała o dopuszczeniu danego inwestora do danej inwestycji. Człowiek z Zachodu, jeśli się nieostrożnie upiera, w odróżnieniu od kapitalisty rosyjskiego może być (raczej…) spokojny o własne fizyczne bezpieczeństwo. Ale własność odbiorą mu i tak; jeśli będzie się stawiał, to z dużymi stratami.

Niemcy muszą natomiast dbać o Europę, bo to jest ich podstawowy rynek zbytu, kluczowy w sytuacji kryzysu. W tej sytuacji zbytnie ambicje Rosji na kierunku zachodnim budzą w Berlinie narastającą irytację i chęć pokazania Moskwie, kto tu rządzi. Zwłaszcza, że – to inny element analizy Friedmana – Niemcy nie tylko rozczarowali się Rosją jako nie spełniającą ich nadziei zarówno w sferze ekonomicznej, jak i  ewolucji politycznej (nadzieje na jej stopniowe poddanie się temu, co nad Sprewa uważane jest za zachodnie wartości). Uznali również, że jest ona w tarapatach, że mówiąc krótko jest słabsza, niż byli skłonni sądzić dotąd.

Krótko mówiąc – kształtująca niemiecką politykę wschodnią trauma, powstała niegdyś pod Stalingradem i Kurskiem, przechodzi do przeszłości…

USA – przeciw Niemcom i Rosji

Zaś Amerykanie po prostu widzą to. I dostrzegli, że jeśli pozostaną bierni, to w krótkim czasie może się okazać, że na terenie Europy wschodniej, a nawet częściowo środkowej mają do powiedzenia znacznie mniej, niż dotąd. Że ten obszar organizuje starcie dwóch graczy – Moskwy i Berlina. Sławetna nagrana przez Rosjan i wpuszczona przez nich do internetu wypowiedź bawiącej na Ukrainie reprezentantki Departamentu Stanu Victorii Nuland („fuck the EU!”) była w myśl tej optyki przejawem tego rodzaju frustracji i przemyśleń.

USA, aby być w grze, muszą być ważniejszym aliantem ukraińskiej opozycji przecie Janukowyczowi niż Unia Europejska, czyli - Niemcy…

Polska, Rumunia i inni środkowi Europejczycy muszą zobaczyć, że Ameryka pozostaje zaangażowana w ich region

– podsumowuje ten wątek Friedman.

Sama dostrzegalna chęć USA angażowania się w regionie zmieni oczekiwania Środkowej Europy, wywoła napięcia między Środkowymi Europejczykami a Niemcami i stworzy nowe możliwości dla Stanów Zjednoczonych

– pisze szef Stratforu.

Inną przyczyną zwrotu w amerykańskiej polityce w regionie jest według Friedmana Syria. Problemy z Rosją w tym kraju skłaniają Waszyngton do uderzenia w interesy Moskwy gdzie indziej, gdzieś gdzie byłoby to dla Kremla najbardziej bolesne. Ukraina spadła Amerykanom jak z nieba… Bo przecież „Ukraina może stanowić głęboki strategiczny problem dla Rosji. To tak jak gdyby Teksas stał się prorosyjski, i system rzeczny Missisipi, produkcja ropy, Środkowy Zachód i Południowy Zachód USA stały się nagle zagrożone” – tłumaczy Friedman. Gdyby tak się stało, to „rosyjskie możliwości zaangażowania się w Syrii i Iranie nagle spadają, bo Moskwa musi skoncentrować się na Ukrainie”.

Ta gra, jak przyznaje Friedman, jest dla Waszyngtonu o tyle ryzykowna, że bynajmniej nie jest skazana na sukces. Na Ukrainie bowiem Rosja może po prostu wygrać, mimo amerykańskiego zaangażowania po stronie przeciwników  Janukowycza i Kremla.

Ale nawet biorąc pod uwagę taką możliwość gra jest warta świeczki, ponieważ zademonstruje ona, że Ameryka wróciła na pełną skalę do regionu, i że Rosja może oczekiwać kolejnego ciosu. Gdzie? Gdzieś, gdzie zaboli. Gdzie konkretnie? A to już niech Rosjanie koncentrują się na zastanawianiu się, gdzie. To ograniczy ich zaangażowanie w istotnych dla USA miejscach.

***

Z analiz Friedmana wypływa kilka wniosków. Najważniejsze z nich są, moim zdaniem, następujące:

- Rosja popsuła sobie grę własnymi błędami, wynikającymi z pychy. Gdyby Kreml potrafił grać ostrożniej, nie rzucać tak demonstracyjnie wyzwania Ameryce na Bliskim i Środkowym Wschodzie, nie otrzymałby od USA kontry na Ukrainie. Podobnie byłoby, gdyby w relacjach z Niemcami putinowcy potrafili trochę bardziej szanować wrażliwość partnera, podtrzymywać jego nadzieje  i złudzenia, zrobić niemieckiemu biznesowi trochę więcej miejsca. Wtedy strategiczny cel Rosjan – objęcie Kijowa ścisłymi wpływami – byłby łatwiejszy do osiągnięcia. Co więcej - jego realizacja nie spowodowałaby zagrożeń dla Moskwy, które w obecnej rzeczywistości mogą nastąpić, nawet jeśli rozgrywka o Ukrainę skończy się dla Kremla korzystnie.

Największym ogranicznikiem dla rosyjskich sukcesów jest wiec rosyjski gen autodestrukcji. Skłonność do prowadzenia brutalnej polityki na wzór ZSRR. Polityki światowego supermocarstwa w sytuacji, w której tym supermocarstwem się nie jest.

- I po drugie – jeśli nowa rzeczywistość będzie kształtować się tak, jak opisuje Friedman, to przed Polską stoją wielkie szanse. Wręcz większe, niż w okresie Busha i amerykańskiego zaangażowania w naszym regionie. Bo nagle okaże się, że Europa Środkowa i w jakiejś mierze również Wschodnia nie tylko nie jest zdominowana przez jednego gracza. I wręcz nie przez dwóch, konkurujących ze sobą. Nagle okaże się, że ścierają się tu z sobą trzy potęgi. A nasz kraj jest dla każdego z nich bardzo ważny w tej rozgrywce…

Bez cienia przesady można powiedzieć, że byłaby to historyczna koniunktura. Polski rząd, potrafiący zachowywać się konsekwentnie, i twardo realizujący narodowy interes mógłby zyskać dla naszego kraju bardzo, bardzo wiele.

Oczywiście – gdyby taki polski rząd istniał…