Artur Domosławski napisał biografię Ryszarda Kapuścińskiego, wydał ją „Świat Książki”. Nie była to bynajmniej „księga pamiątkowa” ku czci wybitnego reportażysty. Przez media przetoczył się o nią zażarty spór, co oczywiście przełożyło się na więcej niż dobrą sprzedaż.

W ciągu trzech lat kto chciał, ten biografię kupił, ostatnio nawet w dość przystępnej cenie. Jak to się ładnie mówi: „rynek został nasycony”. I oto nagle pojawia się informacja, że wydawca zawarł ugodę z rodziną Kapuścińskiego. Biografia może być wznowiona jedynie bez czterech rozdziałów dotyczących życia prywatnego autora „Cesarza”. Tylko po co? Ktoś może wzruszyć ramionami, jakie to ma teraz znaczenie? Dla tej akurat książki – faktycznie niewielkie. Dla wolności słowa, dobrych obyczajów, a przede wszystkim dla przyszłości relacji wydawca – autor, ma to znaczenie zasadnicze.

Przede wszystkim wydawca podjął negocjacje o ugodzie bez poinformowania autora o podjęciu takich kroków. Sam Domosławski dowiedział się o sprawie, gdy była już mocno zaawansowana i od razu wyczuł (mówi o tym w wywiadach), że de facto żadnych twardych negocjacji nie było, bo decyzja o zawarciu ugody została przez wydawcę podjęta, gdy tylko przejął „Świat Książki”. „Przyczyny ugody mają w moim przekonaniu charakter czysto biznesowy i są związane z przemianami kapitałowymi spółki, a nie z merytoryczną oceną zawartości książki” – ocenia Domosławski. Czyli „nothing personal, pure business”?

Paradoksalnie, sprawy merytoryczne rzeczywiście nie mają tu znaczenia. Chodzi o złamanie fundamentalnej zasady współodpowiedzialności za publikację. Nowy właściciel wydawnictwa nie kupuje jedynie magazynu z książkami i szuflady pełnej kontraktów z autorami. Nabywa pewne prawa, ale i obowiązki. Reputację i normy, których powinno się przestrzegać. Podejmując przed laty decyzję o umieszczeniu swego logo na biografii Kapuścińskiego, „Świat Książki” wziął tym samym odpowiedzialność za wszystko co jest z nią związane. Nie ma mowy o tym, by autor w jakiś sposób wprowadził swego wydawcę w błąd, ten więc nie ma prawa dziś się od autora odcinać.

„Nothing personal, pure business”? Kto uważa, że takie słowa jak solidarność, lojalność czy współodpowiedzialność nie mają w interesach zastosowania ten błądzi. Ale sprawa daleko wykracza poza etykę biznesu, choćby dlatego, że – niestety – nie jest precedensowa. Autorzy książek, ale i publikacji prasowych coraz częściej są „zdradzani” przez swoich wydawców. Gdy tylko sprawa trafia do sądu, ci szukają okazji by wykonać gest Piłata. Umywają ręce, twierdząc, że sami zostali poszkodowani, albo – jak w tym przypadku – w ogóle nie wchodząc w detale wywieszają „białą flagę”. Albo zachowują się jak baca, który na wiadomość, że gwałcą mu żonę na deskach mówi: „to nie moje deski”.

Relacje: wydawca – autor przestają dziś przypominać małżeństwo (nawet z rozsądku), raczej związek partnerski. Jesteśmy razem tylko jak jest miło i korzystnie dla obu stron. Gdy zaczynają się kłopoty, jedna strona zostaje na lodzie. Wiadomo która.


Felieton ukazał się na portalu SDP.PL. Polecamy!