Spotkałem się z zarzutem, że przedstawione przez mnie informacje o kontaktach Lecha Wałęsy z SB już 14-15 grudnia 1970 r, a więc zanim Wałęsa rzucił hasło wyjścia stoczniowców na ulice w celu uwolnienia aresztowanych kolegów, nie są fragmentami dokumentu urzędowego, a może zmyślonymi cytatami lub swobodnymi konfabulacjami.

Przypominam kluczowy fragment:

Wysoki funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa oświadcza, że Danuta Wałęsowa myli się w sprawie regularnych wygranych męża w toto-lotka, a my wszyscy w mniemaniu, że „Rozmowa braci” została sfałszowana:

„otrzymałem dwie teczki dokumentów. Jedna to była teczka personalna Lech Wałęsy, a druga teczka pracy. Teczki te pochodziły z Gdańska. W teczce personalnej było opracowanie kandydata na TW, było około dziesięciu odręcznych pokwitowań odbioru pieniędzy za współpracę, mogły tam być oceny i charakterystyki TW. W teczce pracy były odręcznie sporządzone informacje pochodzące od TW „Bolek” czyli od Lecha Wałęsy. Nie było tam doniesień maszynowych. Obowiązywała zasada wiązania współpracownika z SB, co polegało na odręcznym sporządzaniu informacji. /…/ Najnowsze dokumenty w teczkach pochodziły z połowy lat siedemdziesiątych. /…/ Przypominam sobie sprawę tzw. „rozmowy braci”. Nagranie tej rozmowy było autentyczne. /…/ Kategorycznie stwierdzam, że nagranie rozmowy było autentyczne.”

Prezydent Bronisław Komorowski, sympatyk WSI i bogacz z wielkiego mieszkania w „kamienicy resortowej”, chce rzucić groszową jałmużnę tym, którzy dla Solidarności i dla Polski oddali wszystkie siły i obecnie żyją w nędzy. Prezydent Lech Wałęsa,  multimilioner, który - według jego własnych słów - potrafi w jeden dzień zarobić więcej niż ja przez przez cały rok, popiera tę inicjatywę.

Proponuję, żeby na początek obaj prezydenci solidarnie wypłacili każdemu stoczniowcowi, na którego donosił t. w. „Bolek”, przynajmniej tyle, ile Wałęsa zarobił na donosicielstwie w gotówce (poza wieloma innymi korzyściami), czyli po 13.100 zł.  Dla "właścicieli III RP" takie pieniądze to tyle, co nic, ale dla ofiar SB i WSW byłaby to symboliczna rekompensata.

Jeżeli obaj prezydenci nie będą poczuwali się do zapłacenia tych minimalnych odszkodowań, będzie to oznaczało, że „Zasada wiązania współpracownika” funkcjonuje nadal.


Wyjaśniam więc, co następuje: Gdybym nie pozostawał w sytuacji procesowej z Lechem Wałęsą, to już od razu przedstawił bym skan dokumentu, którego uwiarygodnioną kopię posiadam, lub jego całkowity odpis.

Przyznaję, że  opublikowałem tylko jego fragment, żeby do czasu przedstawienia dokumentu w sądzie nie dać Wałęsie czasu na identyfikację funkcjonariusza i jakieś ewentualne zabiegi wokół tego zeznania. Zostało ono złożone pod rygorem odpowiedzialności karnej i ma potwierdzenie w innych dokumentach urzędowych, a nawet jeszcze coś więcej, co jednak również na razie pozostawię w poufności do czasu rozprawy sądowej.

Przyznaję, że po ośmiu latach procesu chcę zobaczyć minę Wałęsy na widok dokumentów, o których myślał, że już nie istnieją.

Twierdzenie, jakobym był "obsesyjnie zorientowany na udowodnienie agenturalnej przeszłości byłego prezydenta" nie polega na prawdzie, ponieważ to ja działam w sytuacji przymuszenia do obrony przez Wałęsę jako oskarżyciela, który publicznie oświadczał, że jego celem jest zniszczenie mnie. Nigdy nie zajmowałem się sprawą agenturalności Wałęsy i teraz robię to tylko dlatego, że zostałem oskarżony o kłamstwo.

Wałęsa wytoczył mi już 5 procesów, które kosztują mnie wiele wysiłku i pieniędzy, więc uważam za rzecz naturalną, że podjąłem działania na rzecz wyjaśnienia kwestii jego agenturalności w taki sposób, by nie narazić się już nigdy więcej na ataki z jego strony.

Mniemałem, że fakt, iż mój wpis ma charakter publiczny i musi znaleźć swoje odbicie w procesie sądowym, sam przez się stanowi potwierdzenie jego prawdziwości, chyba, że ktoś uważa mnie za samobójczego oszusta, ale wtedy w ogóle nie warto rozmawiać. Jeszcze raz zapewniam - jest dokument, a nawet sporo dokumentów, posiadających walor świadectw potwierdzonych urzędowo, zawierających zeznania złożone przez wysokich funkcjonariuszy UOP, a sporządzony poza okresem ministrowania Antoniego Macierewicza. Zostanie on przedstawiony publicznie na rozprawie sądowej, na którą wszystkich zainteresowanych zapraszam.

Informacje zawarte w tych dokumentach ujawniają nieznane wcześniej fakty o przebiegu mordu robotników w Grudniu`70 i dlatego muszą zostać potraktowane z należytą powagą. Przypominam, że Wałęsa niespodziewanie objawił się na procesie zbrodniarzy, jako obrońca Jaruzelskiego.

Przed chwilą telefonował do mnie jeden ze stoczniowców z Wydziału W-4, gdzie pracował razem z Wałęsą, który powiedział mi, że 15 grudnia 1970 r. szedł z nim razem przez ul. Hucisko, a potem nagle zobaczył go w oknie Komendy Miejskiej MO. Stwierdził, że choć zachowanie Wałęsy wzbudziło już wówczas poważne podejrzenia, to dopiero przedstawiony przeze mnie dokument wyjaśnia po 43 latach całą tajemnicę.

Warto pamiętać, że w badaniach socjologicznych przeprowadzonych wśród robotników Stoczni Gdańskiej w latach 70. poczyniono np. takie ustalenie: "najniższą w skali wartości jest etat donosiciela". Wałęsa zdaje sobie z tego sprawę i woli zmywać sobie krew z rąk niż przyznać się do agentury.