Już po 10/04 rozpytywano mnie w prokuraturze, w jaki sposób Janusz Kurtyka dotarł do informacji świadczących o tym, że ABW ma jakieś informacje na temat tych dokumentów

- ujawnił w programie "Jan Pospieszalski: Bliżej" dr hab. Sławomir Cenckiewicz.

Zapis gorącej dyskusji dotyczącej skutków wprowadzenia stanu wojennego oraz przeszłości Lecha Wałęsy publikowaliśmy na portalu wPolityce.pl.

CZYTAJ WIĘCEJ: "Bliżej" wokół stanu wojennego i postaci Lecha Wałęsy. Cenckiewicz: Nie wolno nam pytać i badać?! Halicki: Cały świat zazdrości nam takiego agenta!

Zapytaliśmy Sławomira Cenckiewicza o szczegóły tej sprawy.

 

wPolityce.pl: Może Pan przypomnieć, dlaczego i w jaki sposób Instytut Pamięci Narodowej zajmował się dokumentami dotyczącymi Lecha Wałęsy, które „zaginęły” w latach 1992-1995?

Dr hab. Sławomir Cenckiewicz: Było to związane z pracą nad książką „SB a Lech Wałęsa”, którą napisałem wraz z Piotrem Gontarczykiem. Dokumenty Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, które stały się istotną częścią książki, zostały odnalezione w ABW i w ramach porozumienia pomiędzy Instytutem Pamięci Narodowej, a ABW właśnie, zostały przekazane Instytutowi. Rzecz jasna cała procedura odbyła się w oparciu o odpowiedni artykuł ustawy o IPN, który mówi, że jeśli jakakolwiek instytucja posiada dokumenty, które mogą rzutować na sprawy dotyczące ustawowych ram czasowych, w których działa IPN, to jest zobligowana do przekazania materiałów w formie kserokopii lub oryginałów. Na tej podstawie IPN pozyskał pokaźny zestaw dokumentów pochodzących ze śledztwa, które prowadził Urząd Ochrony Państwa, a które dotyczyło okoliczności kradzieży dokumentów w okresie prezydentury Lecha Wałęsy w latach 1992-1995. Dokumenty, o których mówimy, dotyczyły jego przeszłości agenturalnej. Śledztwo w UOP wszczęto po dojściu do władzy Aleksandra Kwaśniewskiego, w związku z tym, że w szafie pancernej szefa UOP nie znaleziono całego pakietu dokumentów związanych z Wałęsą, które były tam zdeponowane. Do tego dochodzi dokumentacja prokuratur. Warto przypomnieć, że w tej sprawie minister Siemiątkowski złożył zawiadomienie o przestępstwie polegającym na kradzieży tych materiałów. I dokumenty UOP, i te pochodzące z prokuratury, zostały przekazane w formie kopii do IPN i stały się ważną podstawą źródłową książki. To są bardzo poważne materiały – m.in. ustalenia śledczych z UOP i prokuratury, którzy dzień po dniu ustalili okoliczności wyprowadzania materiałów dot. Wałęsy.

 

Śledztwo w tej sprawie zostało umorzone?

Śledztwo zakończyło się umorzeniem. W ciekawych okolicznościach – było wiele nacisków na panią prokurator Nowak, później wykorzystano fortel prawny związany z reformą kodeksu, choć początkowo postawiono zarzuty Milczanowskiemu, Czempińskiemu i Koniecznemu. Ale najwięcej pytań i kontrowersji wywołało to, w jaki sposób należy zająć się rolą Lecha Wałęsy w tej sprawie. Włączenie byłego lidera "S" do śledztwa powodowało olbrzymie komplikacje polityczne i ostatecznie od tego odstąpiono, tłumacząc, że prezydent jest chroniony immunitetem, nawet jeżeli przyczynił się do jakiegoś przestępstwa w czasie prezydentury. Przyznam, że to dość skomplikowana konstrukcja tłumaczenia tej sprawy.

 

Jak wyglądały przesłuchania dotyczące Janusza Kurtyki, o których wspomniał pan w programie „Bliżej”? Z tego co pan mówi, wszelkie dokumenty zostały przekazane zgodnie z prawem.

O tym, można by napisać książkę, a przynajmniej pokaźną publikację. Nie jest tak, że to śledztwo wszczęto po 10 kwietnia 2010 r. Ono było prowadzone wcześniej, bodajże od początku 2009 roku. To dość interesująca historia – bo pierwotnie sprawą zajmowała się prokuratura gdańska, a kiedy się okazało, że najwięcej do powiedzenia ma w sprawie prokurator Paszkiewicz – syn szefa struktur SB w Gdańsku – co ujawniła „Rzeczpospolita” piórem Cezarego Gmyza, to śledztwo zostało przeniesione do Bydgoszczy. I co bardzo ważne w tej sprawie – nie było prowadzone z zawiadomienia jakiejś osoby, np. Lecha Wałęsy, ale z urzędu. Słyszałem później, że decyzje podejmowano między prokuratorem krajowym, a szefem ABW, która to Agencja dokonała wstępnej kwalifikacji prawnej dotyczącej ewentualnych przestępstw związanych z ujawnieniem tajemnicy państwowej. To, o czym wspomniałem w programie „Bliżej” było kontynuacją tej sprawy. Przesłuchanie miało miejsce w końcówce kwietnia albo w maju – kiedy po raz kolejny zostałem wezwany do Bydgoszczy. I muszę przyznać, że zareagowałem bardzo nerwowo na pytanie dotyczące Janusza Kurtyki, odpowiadając, że nie przystoi prowadzić dochodzenia w sprawie stanu wiedzy Kurtyki, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Pytania mimo to były zadawane, a sam prokurator miał dokumentację dotyczącą korespondencji między Kurtyką, a innymi instytucjami, dotyczącą pozyskiwania - zgodnie z prawem - dokumentacji.

 

Skoro wszystko odbyło się zgodnie z prawem, to jakie uwagi miała prokuratura?

To bardzo zabawna i zawiła historia. Trudno uwierzyć w to, w jaki sposób śledztwo było prowadzone. Okazało się, że kwalifikacja prawna ABW polegała na założeniu, że ujawniliśmy dokument, który nie został nigdy w sposób formalny ujawniony. To był główny zarzut – i to potencjalnie miała wykorzystać prokuratura. Kiedy Cezary Gmyz ujawnił, że ten dokument został kilka lat wcześniej przed naszą książką opublikowany w tygodniku „Głos” Antoniego Macierewicza, to cały ten zarzut legł w gruzach, bo nie można mieć postawionego zarzutu związanego z dokumentem, który był wcześniej ujawniony! Musiano się zatem z tego wycofać. Doszło do absurdalnych historii związanych z tym postępowaniem, bo próbowano wyprowadzić jakiś wniosek prawny związany z tym, na jakiej podstawie korzystałem z materiałów jawnych w prokuraturze w Gdyni. Była to polityczna hucpa, miałem zresztą wrażenie, że inni podzielają mój pogląd, ale trzeba ją dokończyć. Byłem konfrontowany z jakimiś prokuratorami. To niebywała historia, która - wydaje się - była polityczną akcją przeciwko nam, związaną z histerią, jaką Donald Tusk i Platforma Obywatelska wywołali po publikacji książki.

 

Śledztwo tej sprawie już się zakończyło?

Nie pamiętam, czy było to śledztwo czy tylko postępowanie. Natomiast z tego co wiem, to zostało umorzone i zakończone, choć formalnego zawiadomienia w tej sprawie nie dostałem. Chcę do tego wrócić, bo tam są naprawdę niesamowite rzeczy. Wspomnę choćby o tym, że ktoś w tym śledztwie zeznał – i był to urzędnik państwowy! - że ja nigdy formalnie nie miałem dostępu do materiałów z gdyńskiej prokuratury. I proszę sobie wyobrazić, że przeglądając w trakcie przesłuchania te akta, nie znalazłem mojego własnoręcznie sporządzonego wniosku. Okazało się, że został podpięty do wniosku osoby trzeciej jako nie mój! Doszło do bardzo trudnej dla prokuratorów sytuacji, bowiem pojawiła się kwestia poświadczenia nieprawdy przez tego, który brał w tym procederze udział. To kuriozalne: pokazywano mi dokument, który sporządziłem i mówiono, że to nie mój dokument, bo nie ma dowodu, że ja byłem w prokuraturze i korzystałem z materiałów!

 

Czy sprawa „zagubionych” materiałów może mieć jeszcze swój dalszy ciąg?

Dopóki obóz patriotyczny nie odzyska władzy - ale też musiałby być zdeterminowany, by wyjaśnić takie sprawy do końca, a nie zawsze tak jest - to tej sprawy nie da się w żaden sposób ruszyć. Zajął się nią z zawiadomienia Krzysztofa Wyszkowskiego i Henryka Jagielskiego ówczesny minister sprawiedliwości Andrzej Czuma i jak gorący kartofel przerzucił na Instytut Pamięci Narodowej, chociaż IPN w moim przeświadczeniu nie ma kompetencji prawnych do prowadzenia spraw z lat 90. Zakończyło się to niczym, bo w tej sprawie wszyscy się wszystkiego boją. To olbrzymia historia; trzeba pamiętać, jak dużo osób było zaangażowanych w uprowadzenie tych akt, jak również w to kuriozalne śledztwo, które prowadziła prokuratura. Trzeba mieć chęć i wolę żeby zająć się na poważnie tą sprawą, a przy tym stanie instytucji śledczych i sądowych w Polsce, wydaje się to niewykonalne.

 

Dziękuję za rozmowę.

not. maf