Zacznę od dygresji: dla rzesz zwolenników polskiej prawicy sytuacja, w której Donald Tusk ma kłopoty, jest niewyobrażalna. Jeśli takie kłopoty się pojawiają, to nie zwolennicy Tuska, a jego najzagorzalsi przeciwnicy natychmiast śpieszą z własnymi interpretacjami. Że to sam lider PO wykreował tę sytuację (na ogół po to aby coś innego przykryć). Że to on w istocie cały czas rozdaje karty nabierając zdezorientowaną publiczność. Nienawiść do lidera PO jest równie wielka jak przekonanie o jego wszechmocy.

Tak właśnie znaczna część prawicowej blogosfery powitała ostatni zamęt wewnątrz Platformy Obywatelskiej. Po krótkim okresie dezorientacji (bo jak komentować sytuację, gdy część polityków Platformy w sprawach światopoglądowych broni tych samych wartości co konserwatywna opozycja?), pojawiły się dobrze znane odpowiedzi. To sama Platforma wymyśliła cały konflikt. Aby po pierwsze uwiarygodnić demonicznego Jarosława Gowina sprowadzając politykę do sporów między różnymi odłamami partii rządzącej. A po drugie, jak zawsze przykryć inne, niewygodne dla siebie zjawiska, z kłopotami gospodarczymi na czele.

Te komentarze wypowiadane koniecznie z minami głęboko wtajemniczonych opierają się powtórzmy na wierze, że Tusk może w Polsce wszystko. Ale jak to bywa z czysto spiskowymi interpretacjami aby w nie wierzyć, trzeba nie zauważać całego szeregu faktów i okoliczności. Choćby tego, że jednym ze współkreatorów fenomenu Gowina był w ostatnim czasie… Jarosław Kaczyński.

Przecież padające pod adresem ministra sprawiedliwości, zwłaszcza na wyjazdowym klubie PO w Jachrance, oskarżenia jego kolegów, że jest kryptopisowcem i nie odcina się od PiS, to wynik oferty Kaczyńskiego adresowanej do platformerskich konserwatystów: okrągłego stołu w sprawie In vitro. Manewr ten był rzeczywiście śmiały. Z jednej strony wzmagał zamieszanie w szeregach partii rządzącej. Z drugiej jednak wzmacniał na przyszłość (na przykład na wypadek podjęcia przez niego samodzielnej działalności) prestiż polityka prawego skrzydła Platformy jako autentycznego obrońcy chrześcijańskich wartości.

Najwyraźniej Kaczyński uznał jednak, że się opłaca. Może nie uważa obecnego premiera za wszechwładnego. A może uwierzył w możliwość uzyskania wpływu na obecny parlament przez
międzypartyjną konserwatywną koalicję, co niezależnie od intencji tego czy tamtego polityka, po prostu zatrzymałoby niebezpieczną tendencję: szpikowania polskiego prawa coraz radykalniejszymi deklaracjami (konwencja Rady Europy o przeciwdziałaniu przemocy). W każdym razie prezes PiS nie wie nawet, że zgodnie z logiką swoich najbardziej fanatycznych zwolenników odgrywa rolę narzędzia Donalda Tuska. Tak oto polaryzacja polskiej polityki rozpala emocje, za to przyćmiewa umysły.

Tyle dygresja. Bo co do meritum, byliśmy świadkami autentycznego starcia między politykami obozu rządzącego, które nie zostało rozstrzygnięte. I które dziś można odbierać jako sukces konserwatystów, ale w finale może prowadzić do ich porażki.

Donald Tusk naprawdę przestraszył się odejścia kilku najbardziej tradycjonalnych posłów PO typu Johna Godsona czy Jacka Żalka ze swego klubu. Oznacza to przecież utratę przez obecną koalicję formalnej większości. Nawet jeśli w praktyce niczym to nie grozi (ustawy nadal by przechodziły popierane przez ludzi Palikota), stanowi porażkę prestiżową, symboliczną, a takie symbole w polityce zdominowanej przez PR liczą się podwójnie.

Dlatego też premier wtrącił się w czwartkowe posiedzenie klubu PO (opisała to „Rzeczpospolita”). Utrącając propozycję ludzi Grzegorza Schetyny aby wszyscy posłowie Platformy skupili się wokół projektu posłanki Kidawy-Błońskiej, bo to była recepta na rozłam.

Schetyna jest podejrzewany od dobrych kliku miesięcy przez ludzi Tuska o to, że zmierza do rozpalenia światopoglądowych konfliktów i wypchnięcia konserwatystów z partii. Taka porażka poszłaby na konto premiera. I frakcja Schetyny (ostatnia, która realnie istnieje w Platformie) mogłaby z niej potem rozliczać Tuska. I dlatego były marszałek Sejmu z sojusznika Gowina stał się jego wrogiem.

Tusk rzutem na taśmę powstrzymał ten scenariusz. Ma powstać nowy projekt dotyczący In vitro szykowany wspólnie przez partyjnych liberałów i konserwatystów. Skomplikowany tryb pracy tego zespołu gwarantuje, że projekt raczej prędko napisany nie będzie. Możliwie, że nie będzie do końca kadencji.

Znów wygrała niezawodna recepta Tuska: spory światopoglądowe toczą się na jałowym przebiegu, prowadzącym donikąd. W tym sensie zwolennicy teorii spiskowych mają odrobinę racji. Wieczne starcie między Gowinem i partyjną lewicą jest receptą na absorbowanie opinii publicznej. Ale nie jest tak, że Tusk wszystko kontroluje i w szczególności, że światopoglądowe emocje są przez niego wymyślone. On po prostu obraca kolejne kłopoty na swoją korzyść.

Z tego punktu widzenia patrząc, jeśli sprowadzić rolę platformerskich konserwatystów do roli ludzi
powstrzymujących rozmaite zmiany, odnieśli oni sukces. Nie dało się ich w tej konkretnej sprawie
obejść. Dlaczego jednak w dłuższej perspektywie polityka prowadzona przez Gowina jawi się jako średnio skuteczna?

Dlatego, że nie biorąc ani przez moment scenariusza wyjścia z PO serio, minister sprawiedliwości jest z definicji słabszym partnerem Tuska. A ten używa go, ale i tak traktuje jako element nieporządku osłabiającego spójność partii. Premier cofnął się w sprawie In vitro, pewnie da nawet konserwatystom prezent w postaci zablokowania ustaw o związkach partnerskich forsowanych przez lewicę. Ale już konwencja Rady Europy zostanie zapewne przegłosowana – przy poparciu zdecydowanej większości PO, a także SLD i Ruchu Palikota.

Co więcej, głosowanie nad konwencją może być dla Gowina przykrym testem Według mojej wiedzy wielu posłów PO, także z konserwatywnego skrzydła, uznaje ją za na tyle mało groźną, że nie wartą zadzierania z partią matką. Wystarczy jej przecież nie przeczytać… Tu więc, inaczej niż przy okazji In vitro, odejścia są mało prawdopodobne. A to udokumentuje samotność Jarosława Gowina, który jest dla pewnej grupy posłów Platformy punktem odniesienia, ale nie liderem spójnej grupy.

Zresztą on sam czepiając się kurczowo rządu nie da im czytelnego sygnału. Dalsza jego obecność w Radzie Ministrów, która konwencję przeforsuje stanie się za to mało czytelna dla konserwatywnych wyborców. Zwłaszcza, że to on sam był jej głównym demaskatorem (skądinąd całkiem zasadnie). Jeśli ta konwencja rzeczywiście grozi tym czym grozi – uderzeniem w tradycyjną rodzinę i w polską obyczajową odrębność – to jej przyjęcie wymagałoby gwałtownych ruchów moralnych. A one nie nastąpią.

Gowin słusznie uznaje, że dziś na tworzenie nowych formacji nie ma miejsca, a jego przejście do PiS byłoby rodzajem kapitulacji – tam nikt nie czeka na innych poza Kaczyńskim polityków o własnych ambicjach przywódczych. Ale pozostając w Platformie przesuwającej się w lewo, będzie się stawał nieczytelny. I coraz bardziej samotny, nawet jeśli dziś cieszy się z „konserwatywnych” wystąpień w Jachrance takich ludzi jak Hanna Gronkiewicz-Waltz czy minister Jacek Rostowski. Ci doraźni sojusznicy mogą wykonywać takie czy inne gesty, ale w momencie próby będą się starali być w gronie większości.

Tusk to wie i dlatego nie pozbył się Gowina teraz – pomimo autentycznych ataków mainstreamowych mediów i pomimo wykreowanej przez te media „afery” z pieniędzmi dla mecenasa Barszcza. Nie dlatego, że chce wykreować swojego ministra na prawicowy autorytet. Dlatego, że chce pozwolić mu się wypalić. Momentem rozprawy z Gowinem i jego najwierniejszymi sojusznikami będzie układanie list w 2015 roku. Wtedy przyjdzie też prawdopodobnie czas na koalicję rządową osłabionej PO z lewicą – SLD lub Ruchem Palikota.

Naturalnie sam Tusk stąpa po cienkiej linie. Prawicowa blogosfera podejrzewa go, że wszystkim kręci, ale mainstreamowe media z Wyborczą na czele szczerze go atakują za „salomonowy” werdykt w sprawie In vitro. Tyle, że te media nie bardzo widzą na horyzoncie innego obliczalnego partnera. Poboczą się, poszemrzą i pogodzą – wystarczy potrząsnąć raz czy drugi pisowskim zagrożeniem. Na koniec warto przypomnieć, o czymś jeszcze. Niezależnie od stopnia komplikacji czy autentyczności wewnątrzplatformerskich gier, takie spory jak ten o konwencję czy ten o In vitro (także o związki partnerskie i wiele innych kwestii) są sporami prawdziwymi. Ba, decydującymi o tym, jakim krajem będzie Polska za kilka lat. Ja przyjmuję tu zasadę, że każdy głos opowiadający się przeciw przyśpieszonemu kursowi „europejskości” a la Czerska, jest głosem cennym i godnym szacunku. Choć naturalnie warto też rozliczać każdego z konsekwencji w obronie deklarowanych przez siebie wartości.