Anatomia niesprawiedliwości. "Jak żyć, Wysoki Sądzie, jak z tym żyć?"

fot. sxc.hu
fot. sxc.hu

Za podwójne morderstwo sąd białostocki skazał na dożywocie człowieka, co do którego sam nie znalazł żadnych dowodów, ani nawet żadnych logicznych poszlak - a były dowody wskazujące na sprawstwo innej osoby.

Ten człowiek do mnie pisał o swojej krzywdzie, w nadziei, że mu pomogę, a ja odpowiedziałem mu zdawkowo, że nie mam władzy zmieniania wyroków.

A teraz spowiadam się Bogu Wszechmogącemu i Wam, bracia i siostry, że bardzo zgrzeszyłem tym zaniedbaniem swoim...

Historią Jana Ptaszyńskiego zajęła się jednak niezawodna Elżbieta Jaworowicz, która szóstym zmysłem wiedziona, jednak jego list przeczytała, przejęła się i zrobiła program, który może państwo niedawno oglądali.

Przygotowując się do programu przeczytałem uzasadnienia białostockich wyroków - i resztki włosów zjeżyły mi się na głowie.

Takiej "niezwykłej lekkości sądu" nie spotkałem bodaj nigdy. Na dożywotnie więzienie za podwójne morderstwo został skazany według wszelkich znaków niewinny człowiek, a prawdziwy morderca młodej kobiety i jej dziecka, zapewne gdzieś tam śmieje się oszukanej sprawiedliwości w twarz.

Piszę do Prokuratora Generalnego i mam nadzieję, że tym razem wyjątkowo nie będzie to skarga na Berdyczów.

 

Rawa Mazowiecka, 31 marca 2012 roku


Pan Andrzej Seremet

Prokurator Generalny


Wielce Szanowny Panie Prokuratorze Generalny!


1. Proszę Pana, błagam wręcz - bo ta sprawa nie daje mi spokoju - żeby tego mojego listu nie potraktował Pan tak, jak Pański Urząd odpowiada na większość tego rodzaju pism - że skoro sądy orzekły o winie skazanego, to to zapewne wiedziały co czynią.

Niech pan przeczyta ten list uważnie i zapozna się ze sprawą, której on dotyczy.

Otóż piszę do Pana w sprawie, w której mocą swojego urzędu może Pan wnieść kasację i dać szansę na uwolnienie od niesłusznej kary człowieka skazanego na dożywotnie więzienie za czyn, którego ten człowiek najprawdopodobniej nie popełnił, a został skazany w wyniku strasznej pomyłki sądowej.

Chodzi o sprawę Jana Ptaszyńskiergo, skazanego wyrokiem Sądu Okręgowego w Białymstoku z 19 września 2005 roku w sprawie II. K. 104/04, utrzymanym w mocy wyrokiem Sadu Apelacyjnego w Białymstoku z 28 kwietnia 2012 roku w sprawie II Akz. 1/06.

O winie Jana Ptaszyńskiego orzekł Sad Okręgowy, wyrok utrzymał w mocy Sad Apelacyjny, a kasacja obrońcy została odrzucona przez Sad Najwyższy.

Przeczytałem jednak uzasadnienia tych wyroku i jestem porażony brakiem logiki tego skazania. które nastąpiło z pogwałceniem wszelkich reguł domniemania niewinności. POwiem w tym miejscu, że skazano go bez żadnych dowodów i żadnych poszlak, podczas gdy były dowody i poszlaki (włosy i ślad stopy na miejscu zbrodni) wskazujące na innego sprawcę.

Domniemanie niewinności zastąpiono domniemaniem winy, wskutek czego w więzieniu siedzi dożywotnio niewinny człowiek, a prawdziwy morderca śmieje się sprawiedliwości w twarz.

Tak uważam na podstawie wnikliwej lektury uzasadnienia wyroku sądu. Celowo piszę - sądu, a nie - sądów, gdyż w tej sprawie mamy praktycznie jeden wyrok Sądu Okręgowego w Białymstoku, którego wątpliwa argumentacja została niestety bezkrytycznie i chwilami bezrefleksyjnie powtórzona przez Sąd Apelacyjny.

2. 36-letni obecnie Jan Ptaszyński został skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności orzeczona za podwójne morderstwo. Straszne morderstwo młodej, 23-letniej kobiety Marioli S. i jej 2,5 letniej córki Klaudii których zwłoki, utopione w wannie, zostały odnalezione przez ojca zamordowanej, w jej mieszkaniu w Białymstoku. Zbrodnia miała miejsce 28 lub 29 listopada 2001 roku, przy czym dokładnej daty sąd nie ustalił.

Sad nie ustalił też sposobu działania sprawcy zbrodni, gdyz w opisie czynu uzył zwrotu, iz oskarżony wielokrotnie "zadziałał' na głowę i inne części pokrzywdzonej. Wyraz "zadziałał", uzyty w tym miejscu wbrew zasadom języka polskiego, nie wyjaśnia, co oskarżony konkretnie z pokrzywdzoną zrobił.

W kwestii sprawstwa oskarżonego istniały od początku tak wielkie wątpliwości, że na po roku postępowania, na początku 2003 roku sprawa została przez prokuraturę umorzona, z braku dowodów winy. Następnie jednak, bez żadnych nowych ustaleń i dowodów śledztwo zostało podjęte na nowo i oskarżony został postawiony przed sądem, a następnie skazany na dożywocie, chociaż wobec wielkich wątpliwości co do jego winy, odpowiadał z wolnej stopy.To pierwszy znany mi przypadek skazania na dożywotnie więzienia oskarżonego odpowiadającego z wolnej stopy!


3. Podejrzenia w kierunku Jana Ptaszyńskiego wzięły się stąd, że był on przyjacielem zamordowanej Marioli S., z którą utrzymywał intymne kontakty. I to był w zasadzie jedyny fakt, z którego Sąd wysnuł potem wniosek, że to on zamordował tę kobietę i jej córkę.

Gdy czytam jednak uzasadnienie wyroku, odnoszę wrażenie, że to jest opowiadanie fabularne, z oskarżonym w roli głównej, bez rzeczowej analizy dowodów.

Przeciwko Janowi Ptaszyńskiemu dowodów bezpośrednich nie ma żadnych. Spotkał się z pokrzywdzoną, spotkał się z nią także na 2-3 dni przed jej śmiercią, był razem z nią u swego ojca w szpitalu, a potem jak twierdzi wyjechał do swojej matki w podbiałostockiej wsi. Są świadkowie potwierdzający jego alibi.

Poza faktem znajomości z ofiarą, sąd nie wskazał w uzasadnieniu żadnej, ani jednej poszlaki, z której mógłby wypływać wniosek o sprawstwie oskarżonego.

Zwłoki pokrzywdzonej odnaleziono w negliżu, co dla sądu wystarczyło do przyjęcia, że zamordował ją przyjaciel, z którym utrzymywała kontakty intymne. Nikt się bowiem do mieszkania nie włamał, a sprawca poruszał się po mieszkaniu w skarpetach (był odcisk skarpety w plamie krwi). Motywem zbrodni miał być atak agresji z powodu nieudanego seksu bądź też atak zazdrości. Oskarżony zdaniem sądu wpadł w szał i najpierw pobił, a potem utopił w wannie wpierw matkę, a potem jej córkę.


4. Sąd zdawał się orzekać pod wrażeniem opinii psychologicznych, w świetle których oskarżony został uznany za sadystycznego mordercę. Jak to czytam, odnoszę wrażenie, że do polskiego wymiaru sprawiedliwości wraca lombrozjanizm i człowieka skazuje się nie na podstawie dowodu, tylko w oparciu o jego portret wewnętrzny (wrócę do tej kwestii za chwilę...)

Tymczasem w mieszkaniu pokrzywdzonej, na jej zwłokach, na pościeli, pod paznokciami - nie znaleziono żadnych śladów biologicznych oskarżonego? Żadnych! Nie znaleziono też jego śladów daktyloskopijnych.

Wręcz przeciwnie - w ręku ofiary znaleziono obcy włos, który nie był włosem oskarżonego!

Inny obcy włos znaleziono w pościeli zmarłej kobiety i nie był to włos oskarżonego Ptaszynskiego!

W plamie krwi na podłodze mieszkania odnaleziono odcisk stopy w skarpecie i odcisk ten tez nie pasował do stopy oskarżonego!

Przecież to są wręcz jednoznaczne dowody niewinności!

A jak sąd rozprawił się z obcym włosem w pościeli? Że pokrzywdzona mogła go przenieść na swojej odzieży, na przykład z autobusu...

Owszem mogła. A następnie w tej odzieży położyła się do łózka i tam pozostawiła cudzy włos..

5. Sąd uznał, ze tylko oskarżony utrzymywał ofiarą intymne stosunki i wykluczył, by oprócz niego mogła mieć tego rodzaju kontakty z jakimś innym mężczyzną. Wykluczył to na podstawie zeznań przyjaciółki zamordowanej, która zeznała, ze gdyby Mariola miała jakiegoś innego mężczyznę, to ona, przyjaciółka, na pewno by o tym wiedziała.

Mam do tego tylko taki komentarz, ze sąd naoglądał sie zbyt wiele serialu "Seks w wielkim mieście". Bo w polskich realiach, a zwłaszcza w realiach podlaskich, o sprawach intymnych zazwyczaj nie opowiada się na lewo i prawo, I argument, że przyjaciółka nie wiedziała, to nie jest argument, na podstawie którego można odrzucić inne znajomości pokrzywdzonej i oskarżonego skazać na dożywocie

Sąd uznał też, ze gdyby pokrzywdzona miała intymne kontakty z innym mężczyzną, to musiałaby to robić w ukryciu przed córką, gdyż córka mogłaby powiedzieć o tym rodzinie, również oskarżonemu - tak napisał sąd w uzasadnieniu wyroku

Córka zamordowanej miała w chwili śmierci 2,5 roku. Co to dziecko mogło naopowiadać...


6. Wiele miejsca w uzasadnieniu wyroku sąd poświęcił temu, że zamordowana kobieta nie miała wrogów. I co z tego, Wysoki Sądzie! Oskarżony też nie był jej wrogiem, tylko przyjacielem. Spotykał się z nią w najlepszych relacjach, opiekował się jej córką, ona towarzyszyła mu w odwiedzinach chorego ojca. Nigdy sie jej nie odgrażał, nigdy sie wobec niej nie zachował agresywnie. Nie ma w uzasadnieniu wyroku takich ustaleń, żeby oskarżony kiedykolwiek pokrzywdzoną bił, czy używał jakiejkolwiek innej przemocy. Normalnie zachowujący się, spokojny człowiek.

Wiec jaki sens miały dywagacje o braku wrogów, skoro twierdzi się, że zabił ja przyjaciel, zresztą spacerujący w skarpetach po mieszkaniu?

Trzeba było szukać stopy od tej skarpety i głowy od tych włosów, trzeba było szukać być może innego przyjaciela, który by do tych znalezisk pasował.

Prokuratura nie szukała, sąd też się nad tym nie zastanawiał.

Śledztwo w tej sprawie prowadzone było ze skandaliczną nieudolnością i warto, żeby Pan zwrócił na to uwagę, chociaż to już 10 lat temu.

Poza jakimkolwiek zainteresowaniem prokuratury i sądu pozostał były mąż zamordowanej. Sad uznał, ze nie miał on motywu do zbrodni. A oskarżony Ptaszyński miał? Przecież nie miał jeszcze bardziej!

Matka zamordowanej zeznała o swoich podejrzeniach wobec innego członka rodziny, który w przeszłości utrzymywał bliskie kontakty z pokrzywdzoną. Prokuratura te podejrzenia zignorowała, sąd też.

Jego ewentualny udział skwitowany został, że to stara znajomość, która dawno się skończyła. Chyba jednak nie tak dawno, skoro zamordowana miała zaledwie 23 lata.

Był w kręgu podejrzeń jeszcze inny członek rodziny, ale jego wykluczył sam oskarżony, który w jakichś swoich wyjaśnieniach powiedział, że on jest za głupi, zeby zabić. I sąd to podchwycił i uznał, ze skoro faktycznie tamten jest za głupi, to zabił ten, czyli oskarżony.


7. Wstrząsający jest w tej sprawie wątek psychiatryczno-psychologiczny, pod wpływem którego sąd uznał, ze oskarżony, choć nigdy wcześniej nie był karany, nigdy wcześniej w swoim 25-letnim wtedy życiu nie dopuścił się żadnej agresji, ani przemocy, to jednak jest z niego urodzony morderca, nienawidzący kobiet, agresywny i zły, dyszący żądzą mordu sadysta.

Biegli psychiatrzy ustalili, ze oskarżony opowiadał na przykład swoim partnerkom o wcześniejszych związkach z innymi kobietami..Rzeczywiście, tylko morderca tak się zachowuje...

Sąd wyeksponował też, że oskarżony, spotykając się z zamordowana, w tym samym czasie spotykał się też z inną kobietą. To też niewątpliwie typowa przypadłość morderców...

Biegli psycholodzy dopatrzyli się też - a sąd uwierzył im święcie - że występuje u  oskarżonego patologiczna wrogość wobec kobiet, albowiem wyznał podczas badania, iż każdej kobiecie trzeba wstawiać inny bajer.... no cóż, to też jest krwawa wypowiedź, której nie dopuściłby się nikt inny poza zdegenerowanym sadystą...

Biegli sugerowali nawet, ze oskarżony mógł zabić przyjaciółkę, bo miał pretensje, ze spotykała się z innymi mężczyznami lub że pracowała... w agencji towarzyskiej. Sąd to przyjął jako możliwe, obrażając przy okazji pamięć zamordowanej kobiety, bowiem podstaw do takich podejrzeń nie było.

Być może wizerunkowi oskarżonego zaszkodziło to, co stwierdziła jedna z biegłych - że podczas badania traktował ja jako kobietę przedmiotowo.

Jakby się skarżyła Pani biegła, a sąd z tej skargi też wyciągnął negatywne skutki dla oskarżonego.

A oskarżony może nie wiedział, że ma panią biegłą traktować jak kobietę, może nie domyslił się, aluzji nie zrozumiał...

Ale dla sądu ten przedmiotowy stosunek do biegłej jest znamieniem morderczych instynktów.


8. Panie Prokuratorze Generalny, ręce opadają. Niech pan przeczyta te ewidentnie naciągane opinie, w których stworzono teoretyczny lommbrozjański wizerunek oskarżonego jako urodzonego mordercy, żeby następnie przypasować do niego popełnioną zbrodnie. Niech mi Pan wierzy - wykracza to poza wszelkie dopuszczalne granice.

Nawet gdyby oskarżony rzeczywiście miał osobowość sadystyczna (choc nigdy wcześniej jej nie ujawnił), to przecież jeszcze nie jest powód, żeby mu bez żadnych dowodów, ani bez żadnych poszlak przypisywać mu podwójna zbrodnię.

Niech pan też łaskawie zapozna się z nagraniem programu "Sprawa dla reportera", gdyż występującą w tej sprawie pani biegła z zakresu medycyny sądowej mówiła o wywieranych na nią naciskach na taki kształt opinii, żeby łatwiej było rozprawić się z alibi oskarżonego i go skazać. Ta sama biegła wyeksponowała też znaczące wątpliwości co do opinii, będących podstawą wyroku.


9.Panie Prokuratorze Generalny - reasumując:

Nie ma żadnych bezpośrednich dowodów na winę oskarżonego, nie ma świadków, nie ma dowodów biologicznych, nie ma motywu, nie ma wcześniejszych gróźb, nie ma podejrzanego zachowania się po zbrodni.

Nie ma dowodów i nie ma ani jednej poszlaki, poza tym, że oskarżony spotykał się z zamordowaną.

I są bardzo poważne kontrposzlaki - te obce włosy w miejscu zbrodni i ślad stopy, nie należące do oskarżonego. I jest pełna, niczym nie wykluczona możliwość popełnienia czynu przez innych sprawców.

Jak można było w takich warunkach skazać oskarżonego na dożywocie - pojąć nie potrafię.


10. Mariolą S i jej dziecko poniosły straszną śmierć, to prawda. Ale czy za tę śmierć ma odpowiedzieć całym swoim życiem pierwszy z brzegu człowiek, najpewniej nie mający żadnego związku z zabójstwem?

Mariolę S. mógł zabic inny jej przyjaciel lub znajomy. Mógł ją też zabić zupełnie obcy cżłowiek, który podstepem wszedł do jej mieszkania - ktoś podajacy się za listonosza, hydraulika, inkasenta, Bóg wie jeszcze kogo. I raczej, zważywszy skarpety, nie był to partner seksualny zamordowanej, bo w kontaktach intymnych skarpety raczej nie są typowym atrybutem.

Mówi się, ze proces był poszlakowy. Jaki tam poszlakowy - poszlaki raczej wykluczały sprawstwo oskarzonego, niż wskazywały na nie.

Cały ten wyrok, a raczej oba wyroki obu instancji stanowią jakieś dziwne opowiadanie fabularne, w którym brak dowodów zastąpiono konfabulacja na temat prawdopodobnego przebiegu wydarzeń. Brak dowodów winy zastapiono domysłami, dowody niewinnosci jako nieistotne sąd pominął.

Jestem wstrząśniety sposobem osądzęnia tej sprawy przez wymiar sprawiedliwości Rzeczypospolitej, jestem wstrząśnięty tą "niezwykła lekkością sądu", której ceną jest dożywotnie więzienie najprawdopodobniej niewinnego człowieka.

Proszę, niech pan rozważy wniesienie kasacji, na tej podstawie, że doszło do rażącego naruszenia zasady domniemania niewinności.

Z wyrazami szacunku

Janusz Wojciechowski


PS. Spotkałem się z matką skazanego. To nie był płacz, a raczej skowyt. Wychowała się jako sierota, i na stare lata zamiast opieki syna, jak sierota została sama, z gospodarstwem, w chałupinie na skraju lasu. Jej mąż, ojciec oskarżonego już umarł z choroby i zgryzoty.

Jan Ptaszyński siedzi w więzieniu ósmy rok. W ubiegłym roku usiłował popełnić samobójstwo.

Stoją mi przed oczyma wszyscy. Ta zabita kobieta i jej dziecko, ten oskarżony na więziennej pryczy, ta zapłakana matka i ten chichot nieznanego prawdziwego mordercy.

Jak żyć, Wysoki Sądzie, jak z tym żyć?

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...