Schronisko - jak sama nazwa wskazuje - powinno służyć ludziom (a konkretnie: turystom, czyli osobom nie szukającym w trakcie górskich wędrówek nadmiernych luksusów) do bezpiecznego schronienia się w nim przed zimnem, deszczem, mgłą, nocą.

Każdy, kto przekracza jego progi, o dowolnej porze doby, ma prawo oczekiwać  sympatycznego, chociaż skromnego przyjęcia. Nikomu - zwłaszcza po zapadnięciu zmierzchu - nie odmawiano do tej pory gościny w polskich schroniskach. Dla kogo brakło łóżka w pokoju, ten po cichutku rozkładał śpiwór na podłodze (w jadalni, w korytarzu, na zadaszonej werandzie), doskonale zdając sobie sprawę, że musi się z niej zerwać skoro świt, aby nie utrudniać życia pozostałym turystom i personelowi.

Niestety, nawet najpiękniejsze tradycje górskie przegrywają dzisiaj z bezduszną literą prawa. Okazuje się, że wedle strażackich norm właściciel schroniska nie może zezwalać na noclegi na podłodze, ponieważ blokuje się w ten sposób drogi ewakuacyjne. A sanepid dokłada kolejny, równie restrykcyjny przepis: nikomu nie wolno spać na podłodze w jadalni.

No i koniec z litością względem zabłąkanych, utrudzonych, zziębniętych, bądź przemoczonych turystów. Kiedy zapukają wieczorem do drzwi polskich schronisk, usłyszą grzeczną, lecz stanowczą odmowę wpuszczenia, bo ma ono już komplet gości. Pójdą więc skrajnie wyczerpani w ciemną noc w kierunku odległej czasem o parę godzin marszu  najbliższej miejscowości, co może się niekiedy tragicznie dla nich skończyć.

Oczywiście każdy miłośnik górskich wędrówek powinien mierzyć swe zamiary podług kondycji, jaką dysponuje i nie nadużywać dobrego serca kierowników schronisk. Ale jeżeli zdarzy się nadzwyczajna sytuacja, nie należy go jednak skazywać na schodzenie po ciemku w dalekie doliny, jeśli jest on u kresu sił i dosłownie słania się na nogach.

Dlatego też gospodarze wielu schronisk świadomie już łamią oraz będą nadal łamać strażackie i sanitarne normy w tej materii, licząc na zdrowy rozsądek tych, którzy mają czuwać nad ich przestrzeganiem oraz deklarując - chociaż rzadko publicznie - gotowość przenocowania każdego, kto zastuka po zmierzchu do drzwi zarządzanego przez nich obiektu, nawet jeżeli zawiśnie na nich napis: "brak wolnych miejsc".