Współczesny brytyjski filozof Roger Scruton to prawdziwy tytan intelektu. Jak na arystokratycznego konserwatystę z górnej półki przystało, rzadko schodzi poniżej poziomu Akwinaty, Kanta czy Hegla. Eseje wygłoszone na Uniwersytecie St. Andrews wiosną 2010 roku będą smacznym kąskiem dla tych, których niepokoją najprostsze, dziecinne pytania – co to znaczy być sobą, czemu nas ciągnie do wspólnoty i do nadawania światu sensów wszelakich, w tym religijnych.

Scruton przekonuje, że podstawowe, „humanistyczne” kategorie – osoby, wolności, języka, podmiotowości – są już wystarczająco metafizyczne, nie pochodzą z tej rzeczywistości i nie poddają się badaniu naukowemu, które musi się ograniczać do badań przyczyn i skutków. Scruton nie zaprzecza nauce, ale pozostawia jej własne kompetencje, czyli badanie „świata przedmiotów”. Eksperymenty zaprzeczające rzekomo istnieniu wolnej woli (Benjamin Libet), gdzie impulsy neuronowe w mózgu poprzedzały rodzącą się myśl, tym bardziej każą się zastanowić nad powszechnie odczuwanym poczuciem podmiotowości i wolności. Dla nauki „podmioty” nie istnieją, z jej perspektywy nie ma różnicy pomiędzy „przedmiotem” a „podmiotem” – a my jesteśmy jednym i drugim. Szukającym definicji „samoświadomości” w biologicznej maszynie Scruton podpowiada: samoświadomość nie tkwi ani w strukturze, ani w biologicznej materii, ani w efektach kwantowych – jest ona mianowicie… perspektywą. Skoro tak, żaden naukowiec jej nie znajdzie, nie zmierzy i nie przeprowadzi eksperymentu, choćby był Dawkinsem i Hawkingiem jednocześnie. Witamy w świecie czystej metafizyki. Jeśli tak, przeniesienie świadomości-perspektywy w inne miejsce (inny mózg? komputer?) zdaje się mrzonką. Aż dziwne, że Scruton nie używa w tym kontekście pojęcia duszy, która zdaje się być niemal synonimem pojęcia „podmiotu”.

Dalej Scruton rozprawia się z rzekomym podobieństwem heroicznych poświęceń, do jakich zdolni są ludzie, z automatycznym „poświęceniem” owadów (np. mrówek), które według socjobiologów są tym samym zjawiskiem. Nie są. Całe starania psychologów ewolucyjnych i neurobiologów, zasuypujących uparcie granicę między ludźmi a zwierzętami Scruton bagatelizuje i uznaje za przykład absurdalnego redukcjonizmu, który „łyknąć” mogą tylko ateiści i materialiści. Ludzka gotowość do męczeństwa nie jest żadną „strategią ewolucyjną”. Zwierzęta nie stanowią „podmiotów” i nie posiadają samoświadomości – a ta nie jest tym samym co świadomość, której trudno odmówić np. psom czy delfinom.

Piękny jest esej o „metafizyce” ludzkiej twarzy, ilustrowany rembrandtowskimi „portretami jaźni”. Twarz nas zarazem odsłania i zakrywa – niepokojąco brzmi sugestia, że twarz jest też maską, pod którą ukrywa się nasze prawdziwe „ja”. Trochę zaskakująco – uderzając w silne tony ekologiczne – Scruton przechodzi do „oblicza Ziemi”. Otóż pierwotnym impulsem „myślenia ekologicznego” było poczucie wdzięczności wobec stworzonego świata, niemal równoważne z poczuciem sacrum. Ekologia nie ma dziś dobrej prasy, ale skoro może istnieć ekologia bardzo konserwatywna i skoro nawet papież Franciszek poświęcił jej encyklikę – może wystarczy ją po prostu zabrać lewicy i obedrzeć z utopijnych zapędów. Całe szczęście (lub nieszczęście dla zwolenników „inteligentnego projektu”) Scruton nie jest też kreacjonistą – ci „chcą wytłumaczyć niewyjaśnione niewytłumaczalnym”. Luki w teorii ewolucji (a jest ich trochę) to tylko „brakujące ogniwa” w łańcuchu przyczynowo-skutkowym, niech się nauka spokojnie zajmie ich łataniem. Człowiek – rozumiany jako osoba i podmiot, a nie jako przedstawiciel homo sapiens – do tego łańcucha nie należy.

Autor mówi też o takich, wydawałoby się, oczywistościach, jak rytuały przejścia, które zawsze miały tendencje do stawania się sakramentami (małżeństwo, śmierć). O potrzebie wspólnoty, przed którą odpowiadamy, stąd naturalne jest – co brzmi dziś skandalicznie – poczucie winy i potrzeba wydania się na osąd wspólnoty. Odpowiadamy nie tylko przed jej żyjącymi członkami, ale też przed zmarłymi i nienarodzonymi. Książka powadzi czytelnika od metafizycznego zdumienia nad „byciem sobą” do oczywistej perspektywy religijnej, która i musi być wspólnotowa, i spełniać się w „nienaukowych” rytuałach. Dawni poganie (nawet animiści) mieli dobre przeczucie co do istnienia sacrum, ale najpełniejszą, objawioną religią jest chrześcijaństwo – choć Scruton z szacunkiem pochyla się także nad myślą islamskiego Awicenny. Bóg też jest podmiotem i osobą, który przedstawił się Mojżeszowi jako „Jestem, Który Jestem”.

Scruton konsekwentnie jawi się wróg popkultury – jej przejawy to fast foody, graffiti czy reklamowe billboardy szpecące domy, których fasady nieprzypadkowo przypominają ludzkie twarze. Popkulturę obwinia o kompletny zanik poczucia sacrum w oceanie łatwo dostępnej rozrywki: majestat śmierci zastąpiły filmy Tarantino a „podmiotową” miłość erotyczną „przedmiotowa” pornografia. Cóż, nie jestem takim tytanem ducha i do popkultury mam – niestety – pewną słabość. Zresztą, gdyby starotestamentowy „zakaz obrazów” potraktować z całą purytańską konsekwencją, należałoby usunąć ze świata wszystkie przedstawienia figuratywne, więc – żegnajcie nie tylko filmy i seriale, fotografia i komiks, ale też obrazy Botticellego czy Rembrandta, o których Scruton rozpisuje się z taką pasją. Rozumiem, ale się nie zgadzam, raczej trudno też oczekiwać, żeby zwykły Kowalski słuchał Wagnera i czytał Kanta do poduszki. Dziś popkultura bywa – i ma potencjał być – być bardziej konserwatywna niż oficjalna kultura postmodernistyczna lub kultura „buntu”, która często jedynego sensu szuka w – rytualnej nomen omen – desakralizacji. Niektórzy konserwatyści tego nie zauważają.

Lubię styl Scrutona – jest on przeciwieństwem postmodernizmu, pisze on jasno i klarownie, nawet gdy przywołuje „hardkorowych” filozofów w rodzaju Hegla czy Wittgensteina – a taka konkretność nie jest oczywista dla współczesnej humanistyki. Ale to humanistyka dążąca do prawdy i jasności, a nie do dekonstrukcji sensów i mnożenia bytów. Książka i dla tych, którzy rozpoczynają swoją przygodę z konserwatyzmem i dla trochę bardziej inteligentnych i oczytanych. Wyraźny głos Scrutona, że pomimo oszałamiających odkryć biologii i fizyki, wciąż się w nich nie mieścimy, napawa optymizmem – choć co losu pozbawionej Boga cywilizacji łacińskiej Scruton raczej nie ma złudzeń. Pierwszą „próbą samobójczą” tej cywilizacji była pierwsza wojna światowa. Obyśmy nie byli świadkami kolejnej.

6/6

Roger Scruton, Oblicze Boga. Wykłady imienia Gifforda 2010. Przeł. Justyna Grzegorczyk. Zysk i S-ka, Poznań 2015.

Sławomir Grabowski