wPolityce.pl: Solidarność Walczącą często porównuje się się do zreaktywowanej w jakiejś formie Armii Krajowej, do Kedywu. Widzi Pan coś w tych analogiach?

CZYTAJ WIĘCEJ: Akcje Solidarności Walczącej nie dawały spokojnie spać esbekom. Właśnie ukazała się książka o najgroźniejszej dla systemu komunistycznego organizacji opozycyjnej założonej przez Kornela Morawieckiego

Kornel Morawiecki: To za dużo powiedziane. Ani nie byliśmy taką siłą, ani nie byliśmy poddani takim skrajnościom, ani czas stanu wojennego nie był podobny do czasu wojny. Czy Kedyw? Mieliśmy własną wizję, byliśmy sumieniem wielkiej Solidarności, chcieliśmy być jej wierni. Natomiast ludzie Okrągłego Stołu zdradzili tę Solidarność i te ideały, których realizacji oczekiwał naród. Solidarność Walcząca była do końca wierna, możemy sobie to przypisać i to nasza pewna zasługa, której nikt nas nie pozbawi.

Co więc niosła ze sobą Solidarność Walcząca?

Przede wszystkim przesłanie solidarności - zarówno tej międzyludzkiej, jak i solidarności narodowej. Tego nam bardzo brakuje. Wolności trochę mamy, chociaż dla mnie taką smutną okolicznością jest, gdy człowiekiem wolności wybierany jest symbol „Solidarności”, który okazał się być współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. To z jednej strony wygrana, a z drugiej klęska. Chcę, by pokolenie młode miało na względzie, że potrzebna nam będzie Polska i wolna, i solidarna.

Czy nie uważa Pan, że to kwestia tego, że w pewnych rzeczach po prostu  nie idzie na kompromis?

Życie polityczne jest też wyborem między trudnymi skrajnościami – pewnie to czasem wybór mniejszego zła… Ale moim zdaniem ten kompromis przy Okrągłym Stole nie był potrzebny i mamy tego szkodliwe konsekwencje do dziś. Jeśli chodzi o kompromis, to musi być on prawdziwy, musi być w prawdzie, wyraźnie określający, gdzie jest zło, a gdzie dobro. Dopiero wtedy, gdy staramy się wyciągnąć z porozumienia jeszcze większe dobro, a nie brudzić się złem, możemy być z siebie zadowoleni.

Rozmawiał Sławomir Sieradzki