Michał Lorenz zdradził w rozmowie z „Gościem Niedzielnym”, jak przeżywa okres Wielkiego Postu. Podzielił się też refleksją na temat postępującej sekularyzacji współczesnego świata.

Znany kompozytor wyznał, że w ramach przygotowania do Świąt Wielkanocnych odcina się od wiadomości, internetu, radia, a telewizora i tak nie posiada. Wszystko po to, aby w tej wyciszonej rzeczywistości lepiej usłyszeć „głos Jonasza w Niniwie”.

Słychać wtedy wyraźnie to, co mam usłyszeć. Medialny hałas ten głos zniekształca albo zagłusza. Jednak i to nie jest reguła. Bywa i tak, że prawdy o sobie można się dowiedzieć z rysy na ścianie, gestu żony czy z listu gończego

– twierdzi Lorenc.

Podkreśla, że nie ma lepszej nowiny niż ta, że Jezus Chrystus umarł za nasze grzechy. Wspomina moment, kiedy to do niego tak naprawdę dotarło.

Przedtem cała duchowość chrześcijańska była dla mnie rodzajem formułek. Była religią. Nagle dzięki tej wiadomości, że Jezus umarł za moje grzechy, dotarło do mnie, że chrześcijaństwo jest faktem, a nie religią

– opowiada artysta.

Winą za to, że świat przeżywa sekularyzację, nie można obarczać mody, UFO, ani Dawkinsa – zauważa Michał Lorenc.

Duch był inny, kiedy chrześcijaństwo eksplodowało na wybrzeżach Morza Śródziemnego, mimo krwawych represji. W tej chwili z jakichś powodów duch czasu jest zupełnie inny. Może to ja jestem temu winien, że moje przepowiadanie Chrystusa jest tak marne, słabe, zbyt ciche i za mało wiarygodne. Mogę to sobie zarzucić. Ale nikomu więcej. Być może to jest nasza, chrześcijan, wina, że chrześcijaństwo jest tak słabe, że islam dokonuje ekspansji w Europie, a w Afryce dochodzi do równika, że nie ma powołań w Kościele, że coraz mniej misjonarzy jeździ do Afryki. To jest moja wina, nie kardynała Nycza ani papieża Franciszka. To ja za mało dałem innym świadectwa

– mówi Michał Lorenc

bzm/”Gość Niedzielny”