Piotr Gontarczyk: Byłem zszokowany poziomem i językiem tekstu Piotra Zychowicza o "Burdelu w Auschwitz". Nie ma mnie już w redakcji "Do Rzeczy"

Czytaj więcej Subskrybuj 50% taniej
Sprawdź
fot. Blogpress.pl
fot. Blogpress.pl

wPolityce.pl: Piotr Zychowicz ostatnio ostro zaatakował pana na swoim blogu. Przy czym lwią cześć swojego tekstu poświęcił nie tyle polemice z Pana kilkoma tekstami na temat jego twórczości, ale ostrymi ocenami Pana, jako naukowca. Skąd taki wybuch agresji?

Piotr Gontarczyk, historyk, politolog: To pierwsza próba odpowiedzi na moje artykuły poświęcone jego książkom i publicystyce. A napisałem ich chyba z pięć. Szkoda, że Zychowicz kluczowe zarzuty pominął milczeniem, a zamiast tego zajął się mną: gdzie się urodziłem, jak studiowałem, co rysowałem w czasie zajęć akademickich na okładkach swoich zeszytów (nie żartuję, proszę sprawdzić), jak klaszczę i jak gestykuluję. W tekście znalazł się także donosik do moich przełożonych z IPN, że nic nie robię z sugestią, że to lenistwo na koszt podatników. Wszystko to jest dość żenujące, ale chyba dobrze pokazuje format i klasę tego autora.

Frustrat, nieudacznik. Czy nie jest Pan zdziwiony językiem, którym Pana opisuje Zychowicz?

Dlaczego miałoby mnie dziwić? Funkcjonując jakiś czas w tym samym środowisku dobrze wiedziałem, jakie ma maniery i jak reaguje na zarzuty. Było jasne, że wkrótce po pierwszej krytyce zostanę leniem, nieukiem, głupkiem i prędzej czy później pęknie mi gdzieś nad głową rura z szambem. Dziwię się, że stało się to tak późno. Domyślam się, że przekaz tego paszkwilu był jasny: spowodowanie, żebym zamilkł. Jeżeli Zychowicz na to rzeczywiście liczył, to mocno się pomyli. Będę regularnie pytał o źródła i zasadność wyzwisk i pomówień, które rzucił w swoich książkach pod adresem ważnych historycznych postaci. I będę to czynił do chwili uzyskania merytorycznej odpowiedzi.

No właśnie, nie korci Pana, żeby zareagować, odpowiedzieć na ten tekst?

Ani trochę. Nie bardzo widzę, na co miałbym tu zareagować. Czy powinienem odpowiadać, jeżeli moje kwalifikacje jako historyka kwestionuje człowiek, który sam funkcjonuje raczej w popkulturze, niż poważniejszej publicystyce historycznej? Wybitny historyk Armii Krajowej dr Kazimierz Krajewski wytknął, że autor „Obłędu44” wydaje ostre sądy o AK, a, sam nic nie badał i, sądząc po przypisach, nigdy nie był w żadnym archiwum. Prof. Antoni Dudek nazwał poprzednią książkę Zychowicza „grafomanią”, po której wrócimy do normalności. Myślę, że kwestionowanie moich kwalifikacji przez takiego Autora mogę sobie odpuścić.

Ale nie czuje się Pan dotknięty, obrażony?

Skądże. Zychowicz zebrał o mnie ploty z ostatnich 20 lat, od siebie dodał głównie inwektywy. Zresztą, muszę zaznaczyć, że konstruując barwny opis mojej biografii nie dotarł do rzeczy zupełnie podstawowych. Na przykład tego, że wymiotowałem w przedszkolu po szpinaku. A tak w ogóle, to jestem jego tekstem rozczarowany. Słyszałem o sobie dużo barwniejsze ploteczki i pikantniejsze historyjki, ale niestety, Zychowicz do nich nie dotarł. Pióro świetnie tam pasuje, ale z takim zmysłem detektywistycznym to on by nawet w „Nie” i „Faktach i mitach” nie wyżył.

Nie uważa Pan, że pisząc taki tekst Zychowicz jednak naruszył elementarne zasady publicznej debaty?

Patrzę na to bardziej optymistycznie. Ten artykuł o mnie to świetna lekcja zychowiczowskiego warsztatu: kilo plotek, pół kilo kłamstw, 20 dkg pomówień, 20 insynuacji i 10 dkg epitetów i przepis na książkę gotowy. Wcześniej w taki sposób potraktowany został m.in. dowódca AK gen. Leopold Okulicki, który w książce Zychowicza został pijakiem, nieudacznikiem i ruskim agentem. Potem z ofiar hitlerowskiego systemu, więźniarek KL Auschwitz zrobił on uśmiechnięte i wymalowane prostytutki – a wszystko to tylko dla skandalu. Obelgi pod moim adresem to przy tym małe piwo.

Skąd się to Pańskim zdaniem bierze?

Wcześniej miałem sporo wiary, że Zychowicz pisze wiele rzeczy strasznych, kłamliwych i obraźliwych przez niedojrzałość, zbytni radykalizm poglądów. Teraz zrozumiałem, że jego publicystyka to cyniczny przemysł obliczony na to, żeby wyzwiskami i pomówieniami rzucanymi pod adresem ważnych Polaków wywołać skandal i dobrze go sprzedać. To czysty medialny biznes, kosztem godności wielu polskich bohaterów i kosztem polskiej pamięci historycznej.

Ale Pan też pisał ostro. Twierdził Pan, że twórczość jest gorsza od propagandy komunistycznej z lat 50.

Od ponad 20 lat zajmuję się ruchem komunistycznym, więc trochę wiem, o czym mówię. W czasach PRL było wiele ataków na Powstanie pt. „reakcja”, „antysowieckość”, itp. Leciało tego sporo. Ale nikt nie wpadł na pomysł książki „Obłęd44”, w której dowództwo AK i polskich polityków unurzać w bagnie obyczajówki, wyzwisk i pomówień. Takiej gnojówki, jaka tu leje się na Powstanie Warszawskie i generalnie na polską historię nie było w latach 50. Do tego potrzebne było dopiero pióro Zychowicza.

Zychowicz publicznie opisał Pana jako zazdrosnego histeryka, który dzwonił do Pana macierzystej redakcji „Do Rzeczy”, żeby nie puszczano tam tekstów jego i Sławomira Cenckiewicza.

Dzwoniłem do redakcji kilkakrotnie, czasem przy i w różnych świadkach. I nie z zazdrości – co za bzdura! – tylko z ostrzeżeniami przed publikowaniem pomówień, które mogą ich drogo kosztować w wypadku procesu cywilnego. Potem protestowałem przeciwko atakom ad personam na moich kolegów z IPN, oraz w sprawie znanego uczonego, który doczekał się w jednym z felietonów kpin z fizjonomii. To było żenujące, poniżej wszelkiego poziomu. Ostatni raz dzwoniłem w sprawie wynurzeń Zychowicza z „Burdelu w Auschwitz”. Byłem zszokowany poziomem i językiem tekstu, o którym potem napisałem artykuł. Zazdrość?  A niby o co? Wolne żarty.

Panowie są członkami jednego zespołu redakcyjnego. Czy ten spór nie przekracza granic wewnątrzredakcyjnej polemiki?

To skomplikowana sprawa, której nie chciałbym szerzej komentować. Mogę tylko powiedzieć, że na moją prośbę usunięto już moje nazwisko z listy członków redakcji pisma. I już mnie w redakcji „Do Rzeczy” nie ma.

not. Anna Sarzyńska

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych