To jest bardzo silne lobby i pod płaszczykiem nowoczesności ktoś zarobi niezłe pieniądze - mówi były wiceminister zdrowia Bolesław Piecha o zaproponowanym przez ministra Arłukowicza programie in vitro.
wPolityce.pl: Pan minister Arłukowicz oznajmił dzisiaj, że "program leczenia in vitro" zostanie wprowadzony 1 czerwca. Pomijając to, że stwierdzenie "leczenie" jest tutaj chyba nie na miejscu, to co jeszcze można o tym oświadczeniu powiedzieć? Czy to jest jedyna recepta ministra na całe zło w ochronie zdrowia?
Bolesław Piecha: Jeśli to jest rzeczywiście jedyny pomysł na uzdrowienie polskiego systemu ochrony zdrowia no to, trzeba powiedzieć, że to jest jakiś knot, albo pomysł wyjątkowo chybiony. Na pewno jest to zagranie typowo PR-owskie, które ma sprawiać wrażenie, że rząd coś robi. Rząd przede wszystkim jest w głębokiej defensywie, a minister Arłukowicz w szczególności i boi się debaty, która by w sposób cywilizowany regulowała pewne sprawy, m. in. sprawę in vitro. Tego rząd się boi, w związku z tym zakulisowo wykorzystuje nadinterpretację, albo błędna interpretację prawa, w tym prawa konstytucyjnego i ustanawia różnego rodzaju programy, które maja świadczyć o ty, jaki ten rząd jest nowoczesny, jaki jest dobry dla pacjentów. Czyli taki "ludzki pan" jest ten Arłukowicz.
wPolityce.pl: A jak się ten program ma do obowiązującego prawa?
Bolesław Piecha: Ja uważam, że in vitro nie jest sposobem leczenia tylko protezą. Koszty tego świadczenia w postaci unicestwienia zarodków ludzkich są absolutnie złe i niedopuszczalne. Ale pomijając sprawy światopoglądowe, ten program jest jednym z większych bubli prawnych. Przede wszystkim musimy pamiętać, że program zdrowotny musi spełniać warunki programu zdrowotnego. Ustawa o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych mówi o tym jasno. Taki program zdrowotny można ustanowić i sfinansować ze środków publicznych w trzech sytuacjach.
Po pierwsze, gdy jest nagła potrzeba epidemiologiczna. Czyli co? Za czasów ministra Arłukowicza się okazało, że powstało nagle 1,5 miliona albo 2 miliony par bezpłodnych? Przecież bezpłodność znana jest z czasów prehistorycznych… Niepłodność jest znana tak długo, jak ludzkość, czyli nie jest to nagłe zagrożenie. Po drugie - te programy mają służyć prewencji i profilaktyce. Co ma wspólnego z profilaktyką dłubanie i narażanie kobiety na określone konsekwencje kobiety? Bo to trzeba stymulować jajnik, pobierać komórki, czyli wykonywać różnego rodzaju manipulacje chirurgiczne. Nie mówię nawet o dobru dziecka, bo życie dziecka rozpoczyna się w momencie poczęcia. Więc też nie ma tutaj żadnego zapobiegania, tylko jakaś ingerencja. I po trzecie - program zdrowotny się stosuje, gdy mamy do czynienia z jakimś wyjątkowo nowoczesnymi technologiami w fazie eksperymentu. To też jest chybione, bo sam pan Arłukowicz mówi, że in vitro w Polsce stosowane jest od 20 lat.
Czyli strach przed regulacją, przed stanięciem w prawdzie powoduje nadinterpretację prawa i konstruowanie takich prawnych dziwolągów. My, jako Prawo i Sprawiedliwość ten dziwoląg prawny, który nazywa się "programem leczenia niepłodności z wykorzystaniem procedury in vitro" zaskarżymy do Trybunału Konstytucyjnego.
wPolityce.pl: Nie jest też jasna sprawa ogólnej dostępności do tego programu…
Bolesław Piecha: Minister Arłukowicz zafundował tym parom, które są niepłodne rosyjska ruletkę. Albo wylosujesz i będziesz szczęśliwcem, albo nie. Niejasne są kryteria. Mało tego, proszę zauważyć, że wcale nie będą refundowane leki. Bo to też reguluje przepis, że w żadnym programie zdrowotnym nie można płacić za leki. Taki program musi być zgodny z tak zwaną ustawą refundacyjną, musi być ustawą zatwierdzony przez Sejm, a nie żadnym dziwnym takim powielaczowym dokumentem, jakim jest program zdrowotny. I ta równa dostępność zamieniła się w loterię.
wPolityce.pl: W tym momencie można zostawić sprawy światopoglądowe, natomiast nie można nie zapytać o koszt takiego programu… Nie ma na urlopy dla matek pierwszego kwartału, a na program in vitro jest?
Bolesław Piecha: Mówimy tu o 250 milionach złotych. I nie chodzi tu nawet o matki pierwszego kwartału, choć to oczywiście ważna sprawa. My, jako państwo polskie mamy generalnie ogromny problem z leczeniem dzieci. Państwo polskie nie potrafi tym dzieciom, które chce sprowadzić na świat bardzo dziwnymi metodami, zapewnić, kiedy się już urodzą właściwej opieki zdrowotnej. 250 milionów złotych w ciągu trzech lat pewnie byłoby dobrym zastrzykiem finansowym, jako jako takie uzupełnienie ogromnych niedoborów w lecznictwie pediatrycznym. Czyli - spektakularny sukces - a rodzice… niech sobie radzą sami… System opieki zdrowotnej mówi im: nie mamy pieniędzy! A trzeba zapytać wprost: jak to możliwe, że nagle znalazło sie 250 milionów na procedurę, z której 7 na 10 par wyjdzie bez dziecka. W zamian tego odmawia się leczenia i przyjmowania do leczenia najsłabszych, czyli naszych dzieci.
wPolityce.pl: A może odpowiedź na pytanie, skąd te pieniądze się znalazły znajdziemy odwracając sytuacje i zastanawiając się, do kogo te pieniądze trafią?
Bolesław Piecha: Te pieniądze trafia oczywiście tam, gdzie są wykonywane te procedury. To są prywatne kliniki, czyli lody na pieniądzach publicznego systemu zdrowotnego będą kręcone i chociażby dlatego warto zapytać ustawodawcę, czy ja jako poseł chcę, żeby pieniądze moje i mojej rodziny, moich wyborców trafiały na taką procedurę. Czy takim firmom, przekraczającym pewne granice należą się publiczne pieniądze. To jest bardzo silne lobby i pod płaszczykiem nowoczesności ktoś zarobi niezłe pieniądze.
Rozmawiał Marcin Wikło
CZYTAJ TAKŻE:
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/153485-nasz-wywiad-piecha-o-in-vitro-procedury-wykonuja-prywatne-kliniki-czyli-na-pieniadzach-publicznego-systemu-zdrowotnego-beda-krecone-lody
Najnowsze artykuły
Wszystkie najnowsze artykuły w jednym miejscu
Śledź nas na Google News
Bądź na bieżąco — dodaj nas do Google News
Dziękujemy za przeczytanie!
Twoje wsparcie ma znaczenie. Buduj z nami niezależne media.
Wszystkie teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu. Dołącz do nas.