Wszystko zaczęło się od windy w ośrodku dla uchodźców w Essen. Zepsuła się i nie dało się jej naprawić. W ośrodku mieszka ok 500 młodych mężczyzn z Afryki Północnej, Syrii oraz Iraku. Ponieważ trwa Ramadan jedzenie otrzymują po zachodzie słońca, w formie bufetu. Dotychczas wolontariusze wwozili je im na 5 piętro, prosto do pokoi.

Dlaczego? Bo uznano, że młodzi muzułmanie są tak osłabieni postem, że nie są w stanie zejść na dół, na parter, i sami się obsłużyć. Gdy więc zepsuła się sławetna winda, miejscowa pełnomocnik ds. uchodźców, z partii Zielonych, Miriam Koch, rozpoczęła poszukiwania wolontariuszy, którzy wzięliby na siebie wnoszenie imigrantom codziennie wieczorem jedzenie na 5 piętro.

Zanim zdążyła jednak kogokolwiek znaleźć, zalała ją fala hejtu w Internecie. „Won z Niemiec do Mekki”, „nie będziemy obsługiwać leni”, „debilko, sama noś talerze!” - to kilka z łagodniejszych epitetów rzuconych w kierunku „otwartej na odmienność” i poprawnej politycznie pani Koch. „Nie będę tolerowała rasizmu” – grzmiała polityk Zielonych i zaangażowana humanistka w odpowiedzi na Facebooku, zanim, sfrustrowana, całkowicie usunęła swój profil. Awantura przeniosła się na łamy niemieckich mediów, gdzie ostatecznie zwyciężyli zwolennicy tolerancji.

Fot. Facebook/Miriam Koch
Fot. Facebook/Miriam Koch

Wolontariusze się też znaleźli i przynoszą muzułmańskim gościom grzecznie jedzenie, jak się należy w kraju „Willkommenskultur”. W końcu zmęczeni chodzeniem po schodach z ciężkimi talerzami imigranci mogliby się zdenerwować i podpalić ośrodek dla uchodźców jak niedawno w sąsiednim Düsseldorfie, gdzie imigrant z Maroka zwany „grubym Hamzą”, tak zdenerwował się brakiem budyniu czekoladowego przy wieczornym, Ramadanowym bufecie, że oblał materace benzyną i podpalił. Ośrodek doszczętnie spłonął powodując szkody w wysokości 10 milionów euro. Do pokrycia z kieszeni niemieckich podatników.

Grubemu Hamzie, który jak się okazało udawał uchodźcę z Syrii, by nie zostać deportowanym, całe szczęście nic się nie stało, podobno jak jego kompanom, także „syryjskim uchodźcom” - z Maroka, Algierii i Tunezji. Wszyscy utrzymywali się z handlu narkotykami. Policja interweniowała w ośrodku, zanim się spalił, aż 89 razy.

Fot. Twitter/@BZ/Płonący ośrodek dla uchodźców w Duesseldorfie
Fot. Twitter/@BZ/Płonący ośrodek dla uchodźców w Duesseldorfie

Oba incydenty, jak trywialne mogłyby się wydawać, pokazują usłużną postawę Niemców wobec imigrantów –byle nie zostać oskarżonym o rasizm i brak tolerancji religijnej, szczególnie w okresie Ramadanu. Będą im więc wnosić talerze na 5 piętro, obchodzić się z nimi jak najdelikatniej możliwe (Gruby Hamza nie zostanie deportowany. Maroko nie kwapi się bowiem do tego, by wziąć go z powrotem, kryminalistów mają tam wystarczająco). Niektórym zaczyna już coś świtać, jak młodemu wolontariuszowi, który na YouTube opowiada o swoim rozczarowaniu wobec roszczeniowej postawy uchodźców.

Nie chcą pracować, uczyć się niemieckiego, kłamią na temat swoich kwalifikacji. Gdy jednemu z nich, Syryjczykowi, wyznał, że jest ateistą, ten zrobił się „bardzo agresywny” i odparł: „Jak to możliwe, że jako ateista jeszcze żyjesz?”. Jak wielkie było zdziwienie młodego wolontariusza, gdy okazało się, że tenże Syryjczyk wcale nie uciekł przed wojną, tylko – jak sam przyznał– „został wysłany przez rodzinę do Niemiec, by zarobić pieniądze”. A rzekoma rana od kuli na nodze to ślad po wypadku motocyklowym. Poczuł się oszukany, a politycznie poprawny obraz świata runął jak domek z kart.

Tych rozczarowanych wolontariuszy, pracujących z uchodźcami, jest za Odrą coraz więcej. Ale nie na tyle, by zabrakło rąk do noszenia talerzy po zachodzie słońca.

Zobacz wideo z gorzkimi żalami niemieckiego wolontariusza: