Pytanie nad którym głowi się Europa, NATO, Angela Merkel i CIA wraz z licznie zebranymi gośćmi u cioci na imieninach brzmi: w co gra Władimir Putin? Czego chce: Wojny? Rozbioru Ukrainy? Zniszczenia polskiego sadownictwa? Dezintegracji NATO i Unii Europejskej? Powrotu dwubiegunowego świata z Rosją jako przeciwwagą USA? Ocalenia swojej władzy? Podniesienia Rosji z zapaści? A może po prostu jest szaleńcem i wtedy nic nie ma sensu?

Każda z tych odpowiedzi milcząco zakłada obowiązującą od zarania dziejów definicję polityki jako działalności polegającej na stawianiu określonych celów i wyznaczaniu środków do ich osiągnięcia. Kiepskim politykiem jest ten, który mając mizerne środki stawia przed sobą zbyt ambitne cele.

Władimira Putina czeka zatem klęska, bo przecież Rosja nie jest w stanie zwasalizować Europy, pokonać w polu NATO i wytrzymać na dłuższą metę nałożonych na nią sankcji. Nie jest nawet w stanie wchłonąć Ukrainy. Wedle trzeźwej kalkulacji nie ma na to sił, a nawet gdyby miała to postępuje wbrew podstawowej zasadzie sztuki wojennej nakazującej nierozpraszanie ich na wielu kierunkach.

Czyżby był naprawdę szaleńcem, który porwał się z motyką na słońce i bez planu wybrał się na wojnę z połową świata? Bynajmniej. Po pierwsze tak jak nowy jest rodzaj wojny prowadzony przez Rosję – nazwany wojna hybrydową, tak nowatorskie jest zdefiniowanie celów możliwych do osiągnięcia dzięki tej wojnie. Wyznaczono ich wiele nie licząc wcale na pełne osiągnięcie któregokolwiek z nich. Cele tak sformułowane nazwać można rozmytymi. Wytyczono ich tyle, że porażki odniesione w jednym miejscu można skompensować zwiększając nacisk gdzie indziej. Całkowity bilans wojny zostanie sporządzony dopiero po wojnie i zależeć będzie od uznania Kremla. Zarówno w sensie propagandowym jak i faktycznym. Już w tej chwili podstawowy cel tej wojny jest bliski osiągnięcia i dziwić się należy, że umyka on wnikliwym nawet obserwatorom. Ten cel jest nie tylko rozmyty ale i dobrze zakamuflowany.

Operację poprzedziła drobiazgowa analiza potrzeb Rosji. Zrobiono listę, która wcale nie była długa, bowiem Rosji nie potrzeba zbyt wielu rzeczy. Właściwie ma wszystko, bo wszystko na tym świecie można kupić za pieniądze, które płyną szeroką strugą gazowymi i naftowymi rurociągami.

Jedyną rzeczą, której jej brakuje – pomijam „historyczne” ambicje Władimira Putina i mocarstwowe tęsknoty Rosjan - są ludzie. Liczba mieszkańców się zmniejsza. Procesy demograficzne mają to do siebie, że dają się prognozować i wiadomo jest, że trend ten będzie się utrzymywał.

Rosja nie jest pierwszym krajem, który stanął przed takim problemem, lecz pierwszym, który w naszych czasach wybrał z braku innych, drastyczne rozwiązanie – wojnę.

Przed podobnym wyzwaniem stanęły Niemcy. Jednak Republikę Federalna stać było na kupowanie ludzi. Sprzedawał własnych obywateli Edward Gierek i Nicolae Ceaucescu. W czasach pierestrojki i po upadku Związku Sowieckiego ruszyła fala niemieckich emigrantów z demoludów. Było to na pewno poważne obciążenie dla budżetu Niemiec, ale widać się opłacało.

Będący w podobnej sytuacji Izrael także ściąga Żydów skąd może. I tu sporym rezerwuarem okazał się były Związek Sowiecki. Na początku lat dziewięćdziesiątych punktem tranzytowym tej migracji była Polska. Państwo Izrael przeprowadziło nawet operację „porwania” Żydów z Etiopii byle tylko zasilić substancję narodu. Ściągano także tysiące z Tunezji i Maroka.

Jak już wspomniałem – wszystko można kupić. Tylko obywatel musi się urodzić, a z tym w świecie białego człowieka jest coraz gorzej.

Wrócimy do Rosji. W roku 2010 przeprowadzono, poprzedzony szeroką kampania medialną spis powszechny, który objął wszystkich mieszkańców kraju. Poprzedni, w nieco mniejszej skali przeprowadzono w roku 2002. Porównanie tych dwóch spisów wywołało konsternację na szczytach władzy. Wszechwiedzący Internet powiada, że wszystkich wyników nie opublikowano, gdyż są one zbyt niepokojące, zaś opublikowane dane zostały tu i ówdzie poprawione.

Tego oczywiście nie sprawdzimy. W każdym razie to, co wyłożono na stronach Rosstatu (odpowiednik naszego GUS-u) zdaje się potwierdzać obawy Kremla. Pierwsze i najważniejsze liczba, czyli ilość ludności Federacji Rosyjskiej przedstawia się następująco: w roku 2002 – było 145.167.500 mieszkańców. W roku 2010 – 142.857.500 . Liczba ludności zmniejszyła się o 1,6%, czyli w tempie 0,2% rocznie. W latach 1999 – 2002 zmiana roczna wynosiła 0,09%, co wskazuje na zwiększenie się tempa wyludniania kraju. (Gwoli zaspokojenia ciekawości czytelników podam, że do narodowości polskiej przyznało się 47125 osób – 0,03%. Najmniej w Rosji jest Mennonitów, równo 4, z czego 3 żyje w miastach a jeden na wsi).

Drugą istotną daną jest procent Rosjan w ogólnej liczbie ludności. Jest ich 111.016.096 milionów - 80,9%. W roku 2002 odsetek ten wynosił 80,64, czyli 115.890.500. Mamy tu więc leki wzrost procentowy, lecz w liczbach bezwzględnych ludności rosyjskiej ubyło 4,8 miliona.

I tu dostajemy jedną z licznych zagadek tego spisu. Proste odejmowanie pokazuje nam, że liczba ludności Rosji zmniejszyła się w przeciągu 8 lat o około 2,3 miliona mieszkańców. Liczba zaś Rosjan o 4,8 miliona. Przybywa więc ludności nierosyjskiej oraz… nijakiej. Wzrosła bowiem liczba obywateli, którzy nie przyznali się do żadnej narodowości. W roku 2002 było ich 1,46 miliona. W roku 2010 już 5,63 miliona. Zważywszy, że w spisie uwzględniono 193 narodowości, rozterka „beznarodowościowców” wydaje się dziwna. Czyżby spora ilość mieszkańców Rosji nie chciała przyznać się do bycia Rosjaninem? Trzeba tu zwrócić uwagę na pewną specyfikę języka rosyjskiego, który rozróżnia osobę określającą się jako „ruski” (przymiotnik) od kogoś kto powie o sobie „rosjanin” (rzeczownik). W pierwszym przypadku chodzi o narodowość, w drugim o obywatelstwo. „Rosjanin” może powiedzieć o sobie zarówno Czukcza jak i Czeczen. Tożsamość tych dwóch określeń zachodzi tylko w przypadku etnicznego Rosjanina obywatela Federacji Rosyjskiej.

Kolejnym problemem jest też zróżnicowanie zmniejszania się liczby mieszkańców w zależności od miejsca zamieszkania.

Szybciej ubywa ich w we wsiach i małych miejscowościach niż w dużych. To trend ogólnoświatowy, lecz w Rosji ma dużo większy ciężar gatunkowy. Z uwagi na olbrzymie odległości utrzymywanie przez państwo infrastruktury (linie energetyczne, drogi, łączność, opieka lekarska, zaopatrzenie, oświata) w miejscowościach, gdzie żyje kilku ludzi staje się to sporym wydatkiem.

Tak więc opuszczenie wioski przez ostatnich dwóch mieszkańców odciąży budżet. Jednocześnie następuje niebezpieczne pustoszenie kraju. Nie ma kto uprawiać pól. Naprawiać dziur w drogach. Dbać o mosty. Spis z roku 2010 wykazał, że w kraju praktycznie opuszczonych jest 19,4 tysięcy wiosek. W porównaniu ze spisem z roku 2002 ich ilość wzrosła o 48%!

Żeby nie zamęczyć czytelnika nadmiarem liczb i procentów podam jeszcze kilka danych obrazujących skalę problemu. Na roku 2010 kobiet było więcej o 10,8 milionów niż mężczyzn. W roku 2002 różnica wynosiła 10 milionów. Podczas pierwszego spisu średni wiek mieszkańca Rosji wynosił 37,7 lat. Podczas drugiego 39 lat. I wreszcie dzietność, czyli ten najważniejszy z czynników: dzietność kobiet. W roku 2002 na tysiąc kobiet w wieku rozrodczym przypadało 1513 dzieci. W roku 2010 – 1328 na tysiąc kobiet. (Jest to prawie tyle samo co w Polsce, gdzie współczynnik ten wynosi 1,3. Aby zapewnić stabilny wzrost społeczeństwa powinien on wynosić minimum 2,1). Czy Rosja nie mogła wzorem Niemiec po prostu kupić sobie obywateli? Pewnie i mogłaby, tylko nie miała od kogo z wyjątkiem… Ukrainy, tyle, że tu bardziej opłaciła się wojna.

Jak to - zapyta ktoś - a Kazachstan, Uzbekistan, Łotwa? Przecież tam pełno Rosjan. To fakt, przyjrzyjmy się jednak Uzbekistanowi. Rosjan mieszka tam ok. 600 tysięcy. W roku 1989 było ich 1,6 miliona. Rosjanie w wyniku świadomej polityki władz Uzbekistanu są obywatelami drugiej kategorii. Mają utrudniony, wręcz uniemożliwiony dostęp do wyższych stanowisk. Język rosyjski jest wypierany z oficjalnego obiegu. Od 1 grudnia 1995 roku nie ma już nawet statusu języka quasiurzędowego. Zlatynizowano alfabet. Kto mógł, dawno wyjechał stąd do Rosji. Masowy exodus odbył się na początku lat 90. Zostali ludzie starsi lub tacy, którzy do Rosji z różnych przyczyn wracać nie chcą. Poza tym w interesie Rosji jest utrzymanie na terenie byłych sowieckich republik swoich mniejszości. Zawsze mogą się przydać…

Podobna sytuacja jest w Kazachstanie, który jest w o tyle gorszej sytuacji, że ma z Rosją wspólną granicę. Rosjan jest tu 21,7%, czyli ok. 3,7 miliona ludzi. Migracja trwa w najlepsze. Między rokiem 1990 a 1997 wyjechało 1,2 miliona Rosjan. Później potok ten zmniejszył się, ale wciąż ciecze. W przypadku Kazachstanu także wydaje się, że Rosja – mimo zapotrzebowania na ludzi - woli utrzymać w nim sporą mniejszość.

O Łotwie nie ma nawet co wspominać. Rosjanie tu mieszkający mają luksusową sytuacje bycia obywatelami Unii Europejskiej i… bycia Rosjanami więc z emigracja się nie śpieszą.

Głód ludzi – nim nadszedł czas Ukrainy – usiłowano zaspokoić za pomocą działań administracyjnych. Po urodzeniu dziecka państwo przydziela zapomogę. Daje przydziały ziemi. Czwórka dzieci to już niezły kapitał. Organizowane były „kampanie reklamowe” mające zachęcić do rodzenia. Pojawiły się na przykład bilbordy ze sławnymi Rosjanami pochodzącymi z wielodzietnych rodzin. Z jednego z nich swoim ponurym wzrokiem spoglądał Modest Musorgski.

W roku 2006 prezydent Putin podpisał dekret o okazaniu pomocy dobrowolnym przesiedleńcom do Rosji z terenów byłego Związku Sowieckiego. Państwo pomagało przy przeprowadzce, płaciło za bilety, przewóz majątku ruchomego, pomagało finansowo. Rosje podzielono na trzy rejony a wysokość zapomóg zależała od tego do którego z nich przesiedleńcy się udawali. Te najmniej atrakcyjne – czyli odludne, z nieprzyjaznym klimatem - były najwyżej dotowane.

Początkowo program miał trwać tylko kilka lat, lecz w roku 2012 prezydent przedłużył go bezterminowo. W roku 2013 zmieniono zasady kierowania na pobyt stały do poszczególnych rejonów osiedlenia. Wydzielono kilka, które nazwano priorytetowymi i tu zapomogi były najwyższe. Wnioskodawca (głowa rodziny) dostawał 240 tysięcy rubli (ówcześnie ok. 24 tys. zł) a członkowie rodziny po 120 tysięcy rubli.

Do rejonów priorytetowych należały: Buriacja, Kraj Zabajkalski, Kamczatka, Kraje Chabarowski i Przymorski (Władywostok), obwody; Amurski, Irkucki, Magadański, Sachaliński i Żydowski Okręg Autonomiczny. Ta przydługa wyliczanka potrzebna jest nam dlatego, żeby porównać ją z danymi ze spisu 2010 roku. Otóż Rosstat wylicza tam regiony Rosji, które wyludniły się najbardziej. Są to; Syberyjski Okręg Federalny i Dalekowschodni Okręg Federalny, czyli dokładnie te w których znajdują się „regiony priorytetowe”.

Widać więc, że Rosji zależy na dobrowolnych przesiedleńcach, ale stworzyła mechanizmy by kierować ich tam gdzie są najbardziej potrzebni państwu. Nikt się chyba nie będzie zaskoczony, że ochotników do Magadanu nad Morzem Ochockim było niewielu.

Program okazuje się niewypałem. Ze sprawozdania Izby Obrachunkowej (odpowiednik naszego NIK-u) z roku 2009 dowiadujemy się, że w latach 2007-2008 planowano przesiedlić 65,2 tysięcy ludzi, z czego 20,1 tysiąca miało być objęte programem państwowym. Udało się sprowadzić do ojczyzny jedynie 8,8 tysiąca ludzi. Pozostała Ukraina. Bliska zagranica. Zamieszkuje ją nieco ponad 8 milionów Rosjan. Bałagan. Korupcja. Państwo, o którym decyduje się na głównym placu stolicy, w Moskwie i w Brukseli.

W tej chwili nie są dla nas ważne przyczyny upadku Janukowycza. Nadarzyła się okazja, do której Kreml był przygotowany. Ukraina i Europa wcale. Skok na Krym był przeprowadzony z wielka propagandową i militarną maestrią. Wykorzystano argumenty historyczne, wolę uciśnionego rosyjskiego ludy, zryw powstańczy „zielonych ludzików”, referendum i żałosną słabość Ukrainy. Rezultat, który nas interesuje zamyka się liczbą ok. 1,2 miliona Rosjan przyłączonych do ojczyzny. Zwiększa to przyrost ludności kraju o 0,7%. Jednocześnie powoduje wzrost ludności rosyjskiej o 1,08%. Jak pamiętamy dotychczas (rok 2010) mieliśmy spadek 0,2% rocznie. Nic więc dziwnego, że drugą fazą operacji jest wojna hybrydowa w Noworosji.

Czy dojdzie do aneksji tych terenów? Raczej wątpliwe. To się Rosji nie opłaca. Lepiej zostawić te tereny jako ropiejący wrzód na ciele Ukrainy i uczynić z nich rozsadnik niepokoju na sąsiednie rejony zamieszkałe przez mniejszość rosyjską.

Lepiej przeprowadzić drenaż ludzi. Uciekinierzy otoczeni są akuratną i wszechstronną humanitarna opieką i powoli rozsyłani po Rosji. Otrzymują zapomogi w wysokości 800 rubli dziennie (ok. 67 zł), mieszkanie i propozycję pracy. Trafiają do Magdanu, na Kamczatkę, do Narjan Maru na dalekiej północy.

Dziwnym trafem lokalizacje te znajdują się dokładnie tam, gdzie nie chcieli jechać dobrowolni przesiedleńcy w ramach państwowego programu. Dziś nie mają wyboru. Ich domy zniszczyła wojna, pozostaje więc wyciągnąć pokornie rękę po to co daje Matka Rosja. Wspomniany Narjan Mar to stolica Nienieckiego Okręgu Autonomicznego. Leży 100 kilometrów od Morza Barentsa i mieszkańcowi południowej Ukrainy znany był dotychczas jedynie z opowiadań o Eskimosach. Czekają tam dla mieszkania w pokojach pobudowanych wcześniej dla straży granicznej. Czeka 300 miejsc pracy przygotowanych przez lokalne władze. Czeka też noc polarna. Komu się nie podoba może wracać do faszystów na Ukrainę. A przecież są i tacy, którym się nie podoba. Uchodźcami zajmuje się Ministerstwo do Spraw Nadzwyczajnych. I oto grupa uchodźców – aż chce się powiedzieć – zesłana do Archangielska napisała skargę do prezydenta Federacji Rosyjskiej na „niemożliwe warunki” w jakich przyszło im przebywać. Odpowiedział im major z ministerstwa i odpowiedź ta poszła uchodźcom nie w smak. Cytuje za portalem „Pomorski patriota”:

„Chcecie wszystkiego od razu, pensji 40-60 tysięcy rubli i mieszkań na własność. A rzeczywistość jest inna i nie odpowiada waszym wyobrażeniom o Rosji i o diamentowo – naftowym obwodzie archangielskim. U nas ludzie żyją w drewnianych domach z wygódkami i pracują za 10 tysięcy rubli. Zamiast pracować tylko prosicie, żądacie i ślecie skargi… Wstyd po prostu”.

Po czyjej stronie stanęła władza…? Majora zwolniono „za naruszenie Kodeksu Honorowego pracownika Ministerstwa do Spraw Nadzwyczajnych, wyrażającym się w nieposzanowaniu i nietaktownym odnoszeniu się do obywateli Ukrainy zmuszonym do opuszczenia terytorium Ukrainy…” Moskwie bardzo zależy na przesiedleńcach. Jeden major się nie liczy.

Pod koniec sierpnia Rosyjska Służba Imigracyjna poinformowała, że na terytorium Rosji przebywa 720 tysięcy uchodźców. Nie wszyscy dostaną status uchodźców i zasilą ludność Rosji. Lecz nie jest to zapewne koniec tej fali. O ile wzrośnie ludność Rosji na koniec tej operacji trudno oszacować. Jakkolwiek będzie, odsunie ona widmo katastrofy demograficznej.

Nastąpi wyhamowanie niekorzystnego trendu, co patrząc z punktu widzenia wieloletniej perspektywy demograficznej jest daleko ważniejsze niż sankcje gospodarcze, które i tak, wcześniej czy później się skończą. Wzrost liczby ludności jest ważniejszy niż niezaproszenie Putina na szczyt G7 i tym podobne banialuki.

Z pewnością Kreml liczył na większe korzyści. Nie przewidywano zapewne aż takiej determinacji Europy i USA. Sankcje kalkulowano na poziomie symbolicznych. Niemiłym zaskoczeniem jest zwarcie szeregów NATO.

Putin powetował to sobie w polityce wewnętrznej skupiając naród wokół siebie i tworząc jeszcze mocniejszy reżim totalitarny. Kiedy nadejdzie czas pogodzenia z Europą sankcje znikną jak zły sen, a „osiągniecia” wewnętrzne pozostaną. Tak więc powtórzmy jeszcze raz to, co powiedzieliśmy na początku. Sukcesem będzie realizacja celu głównego, który skryto za solidnym „szumem informacyjnym. Cele poboczne, zrealizowane nawet w dziesięciu procentach stanowią dodatkowy bonus. Z pewnością wyliczono w miliardach dolarów sumę strat, które można ponieść i nim pula się wyczerpie gra będzie trwała. Taki jest sens celów rozmytych. Dla niezorientowanego obserwatora a już zwłaszcza dla grona ekspertów, którzy każdego dnia produkują miliony słów, sytuacja ta jest dowodem klęski Rosji i Putina osobiście. Ale, jak mówi jedno z praw McMurphego: ekspert to ktoś z zewnątrz.

Na koniec warto dodać, że w wojnie o białego człowieka bierze udział także Polska. Nie chodzi tu wcale o zaangażowanie po stronie Ukrainy. Nasza sytuacja demograficzna nie jest wcale lepsza od Rosyjskiej i nawet rząd Platformy Obywatelskiej zdał sobie sprawę, że należałoby cos z tym zrobić. Tylko co? Pieniędzy jak Niemcy nie mamy. Armii jak Rosja też nie. Państwem poważnym i planującym długofalowo jak Izrael także nie jesteśmy.

W zaciszach gabinetów wymyślono więc plan… sprowadzenia Polonii do Polski by poratowała nasz żałosny bilans demograficzny. Czy jego autorem jest nieodżałowany minister Sikroski, czy ktoś inny, tego nie wiem. W każdym razie do rzeczy zabrano się profesjonalnie, czyli od strony pieniędzy. Umyślono wywrzeć na Polonię presję ekonomiczną. Fundusze polonijne, którymi dysponował dotychczas (a tak w ogóle od lat 30 XX wieku) Senat przeniesiono do MSZ. Zrobiono to w imię - jakżeby inaczej – „większej efektywności w wydawaniu pieniędzy oraz transparentności w procesie przyznawania funduszy”. Nie prawda. Każdy kto otarł się o sprawy polonijne wie, że efektywność zmalała, zaś transparentność stała się w ogóle nieprzeźroczysta. Dość powiedzieć, że rozdanie pierwszej transzy przez MSZ zakończyło się cichym skandalem i dymisją wiceministra Ciska. Zacny ów urzędnik wraz z rodziną potworzył z dnia na dzień fundacje które dostały sporą kasę. Już na starcie polityka PO (chociaż ów Cisek jest z PSL) potknęła się o własne nogi. Lecz to tylko tak na marginesie.

Istotą wymyślonej przez MSZ strategii jest stopniowe odcinanie Polonii od finansowania, tak by Polacy mieszkający na wschodzie stracili rację dalszego tam trwania.

Czy ta polityka przyniesie efekt? Jaka byłaby skala tej migracji? Czy państwo nasze jest w stanie przyjąć falę przesiedleńców. Czy Polska nie traci czegoś istotnego wycofując się ze wschodu? Czy wreszcie nie efektywniejsza byłaby wewnętrzna polityka prorodzinna? Na te pytania nie znam odpowiedzi, bo też i rząd nigdy nie poddał ich pod dyskusję. Być może zastosował tu politykę celów rozmytych. Jeśli tak, to zrobił to nie na podobieństwo strategii Putina a zwykłej dla naszej klasy politycznej bylejakości.

To, że tylnymi drzwiami, od zachodu, ucieka daleko więcej Polaków niż możemy ściągnąć ze wschodu, to już całkiem inna historia. Ostatnio dołączyła do tej emigracyjnej fali wierchuszka PO. Ale ich akurat nie szkoda.