Obserwując reakcję belgijskich i unijnych polityków na tragedię Brukseli, nie potrafiłem dziś rozstrzygnąć: czy smucą się przede wszystkim dlatego, że zginęło 34 obywateli Unii a ok. 200 zostało rannych, czy też dlatego, że „Projekt” znalazł się w najpoważniejszym dotąd kryzysie?

Projekt” ma oczywiście nazwy oficjalne, ale ma też wymiar nieoficjalny. Jest jadącym wyłącznie do przodu pociągiem „integracji”, czyli demontażu państwa narodowego i rozbijania wszystkich wyrazistszych wspólnot, z narodowymi i religijnymi na czele. Ten pociąg przybiera różne kolory, gdy trzeba bywa miły i sympatyczny, gdy może macha groźnie rękami, ale zawsze zmierza w jednym kierunku. Czasem przyhamuje, gdy europejscy tubylcy mówią, że nie dadzą rady, by potem - w imię pomocy tubylcom - gwałtownie przyspieszyć.

Tak jak przewidywaliśmy, i jak ostrzegaliśmy pewnie z tysiąc razy, rozpędził się w końcu tak bardzo, że może się wykoleić, przy okazji niszcząc wszystko wokół.

To bezdyskusyjnie wina samych autorów „Projektu”.

Angela Merkel - jak napisał kilka dni temu brytyjski „The Daily Telegraph” - otwierając nielegalnie granice kontynentu „prawdopodobnie śmiertelnie” zniszczyła spójność kontynentu. Ale nie ona jedna winna. Wcześniej setki, tysiące polityków pracowały dzielnie przez dekady, by zniszczyć wszystko, co Europę tworzyło, i co dawało jej wolę życia.

Dlatego reakcje unijnego establishmentu są takie słabe. Giną - licząc razem z Paryżem - już setki obywateli Unii, a oni nie potrafią mocniej zareagować, odnieść się do sedna problemu. Owszem, nie bardzo mają ruch, ale też - nie chcą, bo wiedzą, że im każde ich słowo jest także samooskarżeniem.

Na szczęście, przynajmniej tymczasowo, nie mówią nic o tolerancji dla odmienności kulturowej Bliskiego Wschodu. Ale pewnie wrócą do tematu.

To wszystko mogłoby już tylko śmieszyć, gdyby nie całkiem realne ofiary.

Bo przecież najpierw głosili, że przyjmijmy trochę imigrantów, to się ubogacimy. Zamieszkają między nami, i społeczeństwo będzie barwne. Ubogacimy się.

Potem, gdy okazało się, że przybysze nie chcą mieszkać między nami, Europejczykami, ale budują getta, powiedzieli nam, że to dlatego, że jesteśmy jacy jesteśmy. Musimy się zmienić.

Więc Europa się zmieniła, poganiana polityczną poprawnością, tą współczesną kozacką nahajką. A że to niewiele dało, a do tego zaczęły wybuchać pierwsze bomby, więc mówili, że trzeba zmienić się jeszcze bardziej.

Europa poszła więc jeszcze dalej, porzucając siebie samą. To oczywiście nic nie pomogło, problemy stale narastały. Więc powiedzieli, że gdyby tak zaprosić jeszcze więcej muzułmanów, do wszystkich krajów Unii, to już na pewno będzie dobrze.

I to na nic. Bomby wybuchają coraz częściej, na ulicach europejskich miast mamy stan wojenny. Więc teraz mówią, że… nic nie możemy zrobić, bo przecież „nie wyrzucimy milionów muzułmanów z Europy”.

Smutny krajobraz. Jedyna nadzieja jaką widać to fakt, że Polska może nie powtórzyć błędów państw zachodnich. Na szczęście mamy rząd, który to rozumie.

Inna sprawa, że stawia to nas przed potwornym dylematem: albo dorośniemy do rysujących się wyzwań, albo i nas pochłonie demograficzno-kulturowe trzęsienie ziemi, które czeka nasz kontynent.