Kto jeszcze się zastanawia czy odraczanie sześciolatka ma sens, powinien przeczytać wywiad w najnowszym numerze tygodnika „wSieci”, który przeprowadziłam z prof. Davidem Whitebreadem z Uniwersytetu Cambridge, specjalistą w dziedzinie nauczania małych dzieci, ekspertem wspierającym akcję „Too much, to soon” prowadzoną przez ruch Save the Childhood.

Profesor nie ma wątpliwości, że zbyt wczesne rozpoczęcie edukacji szkodzi dzieciom.

Optymalnie byłoby, gdyby do siódmego roku życia uczyły się w przedszkolach przez zabawę. Wszelkie próby wprowadzania formalnej edukacji w przypadku młodszych odbijają się bardzo negatywnie na maluchach, na ich poczuciu pewności siebie i zdrowiu emocjonalnym. Wiele dzieci, które zbyt wcześnie zaczęły edukację szkolną, nie radzi sobie ze stresem oraz z większą niechęcią odnosi się do nauki niż dzieci, które rozpoczęły edukację w późniejszym wieku. Coraz więcej z nich ma problemy emocjonalne

— tłumaczy profesor.

Do tych, którzy chcą rozliczać Andrzeja Dudę z obietnic: pierwszy dzień urzędowania prezydenta elekta i pierwszy krok w kierunku dotrzymania słowa wykonany

Brytyjski naukowiec tłumaczył mi, że zanim dzieci zaczną się uczyć w sposób sformalizowany, muszą do tego dojrzeć. Psychicznie i emocjonalnie. A jest wiele dowodów na to, że taką gotowość do nauki w sposób sformalizowany maluchy zyskują dopiero w wieku siedmiu lat.Oczywiście są wyjątki, które osiągają ją wcześniej, jednak one potwierdzają regułę. Dzieciom, które tej gotowości nie osiągnęły, a muszą uczyć się w szkole, dzieje się krzywda. Nie rozumieją wszystkich poleceń, nie lubią szkoły, nauka wydaje im się czymś bardzo trudnym, stąd pojawia się obniżone poczucie własnej wartości. Zbyt wczesne rozpoczęcie sformalizowanej edukacji skraca też czas nauki przez zabawę. A to właśnie przez zabawę dzieci zdobywają najważniejsze umiejętności, które będą przydatne w ich późniejszym życiu, rozwijają swoje zdolności socjalne, w tym komunikacji z innymi. W pierwszych latach dzieci wyrabiają nawyki, które będą im towarzyszyć przez całe życie. Uczą się odnosić do swoich rówieśników. Uczą się kontrolować własne zachowania i emocje. Jest wiele badań, które pokazują, że to, jak dzieci radzą sobie w ciągu tych pierwszych lat, będzie miało wpływ na to, jakie wyniki w nauce będą osiągać później. To decydujący okres dla ich dalszej drogi edukacji.

David Whitebread zapytany, czy rozumie dlaczego w takim razie polski rząd zdecydował się obniżyć wiek, w którym dzieci obowiązkowo muszą pójść do szkoły, mówi:

Nie rozumiem tego działania. Tym bardziej że, jak mówiłem, nie ma żadnych naukowych przesłanek, na podstawie których można byłoby mówić o pozytywnych skutkach takiego działania, nie ma żadnych dowodów naukowych, na których bazie można by stwierdzić, że to lepsze dla przyszłości dzieci lub ma pozytywny wpływ na sam proces uczenia. Widoczne są tylko efekty w krótkim okresie. Oczywiście sześciolatek, który pójdzie do szkoły, będzie umiał więcej (w sensie formalnym) niż dziecko, które rozpocznie formalną edukację rok później. Jednak wynik na koniec szkoły podstawowej będzie taki sam w obu przypadkach. Natomiast w długim okresie, jak już mówiłem, jest masa naukowych dowodów na to, że zbyt wczesne rozpoczęcie edukacji szkodzi. Udowodniono naukowo także to, że na wcześniejszym rozpoczynaniu edukacji gorzej wychodzą dzieci z rodzin z problemami, bo mają jeszcze większe trudności emocjonalne niż reszta. Nie prawdziwy będzie więc argument o wyrównywaniu szans maluchów z różnych środowisk. W takiej sytuacji poradzą sobie te z „lepszych” domów. W sytuacji gdy tylko wąska grupa będzie radziła sobie dobrze, a przytłaczająca większość będzie radziła sobie gorzej, jedynym sposobem na zaradzenie sytuacji będzie obniżanie poziomu nauki.

A cóż innego obserwujemy w ostatnim czasie w poczynaniach MEN, jeśli nie systematyczne obniżanie poziomu edukacji? Dowodem niech będzie dramatyczny z metodologicznego punktu widzenia „Nasz Elementarz”, kastracja programu nauczania czy choćby próba obniżania wymagań wobec pedagogów.

Ministerstwo edukacji obniża wymagania. Żeby zostać nauczycielem, wystarczy kurs

W rozmowie opublikowanej na łamach najnowszego numeru wSieci David Whitebread zastanawia się czemu polski rząd niezwykle często powołuje się na edukacyjny przykład Wielkiej Brytanii, który przecież powinien być dla Polski w istocie odstraszający.

W Wielkiej Brytanii od 20 lat uparcie niszczy się system edukacji. Widzę, że to samo dzieje się w Polsce. Mój kraj miał jeden z najlepszych systemów edukacyjnych na świecie. Niewiele z tego zostało. Naśladowanie naszej drogi zakrawa na potworną głupotę.

Podczas pobytu Whitebreada w Polsce, na spotkanie z nim nie odważyła się szefowa MEN. Jednak takim obrotem spraw, profesor nie był zaskoczony:

To było do przewidzenia. Nie znam tej pani, ale możliwe, że ona się boi racjonalnych argumentów. Politycy często boją się naukowych dowodów, które nie pasują do ich polityki. Jednak minister edukacji powinien działać dla dobra dzieci, a nie dla dobra własnego ugrupowania. A w obniżaniu wieku obowiązku szkolnego nie chodzi o dobro dzieci.

Miejmy nadzieję, że dla dobra dzieci działać będzie nowo wybrany prezydent - Andrzej Duda, który w przeciwieństwie do szefowej MEN chętnie wysłuchał argumentów naukowca. Już niebawem, gdy pogrążony w aferach platformiany Titanic będzie spektakularnie tonąć, prezydent dotrzyma słowa i korzystając z inicjatywy ustawodawczej zatrzyma zatapiającą polską edukację reformę.

Fot. FB/Andrzej Duda
Fot. FB/Andrzej Duda

Polecam cały obszerny wywiad z profesorem Whitebreadem w najnowszym numerze wSieci.

Fot. wPolityce.pl
Fot. wPolityce.pl