Zdaniem minister edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej kwestia odraczania sześciolatków od obowiązku szkolnego dotyczy głównie dużych miast, a w mniejszych miejscowościach ta sprawa nie budzi emocji. Pani minister albo kłamała, albo zupełnie nie zna realiów.

Czytaj także:

Kluzik-Rostkowska bagatelizuje problem sześciolatków w szkołach. „Sprawa nie budzi emocji w małych miejscowościach”

Według szefowej MEN sprawa wysłania sześciolatków do szkół nie budzi emocji w małych miejscowościach m.in. dlatego, że tam szkoły pracują na jedną zmianę, a w domach często są dziadkowie lub inni krewni, którzy mogą odebrać dziecko i zaopiekować się nim po lekcjach. W dużych miastach rodzice pracują dłużej i wielu z nich nie może skorzystać z pomocy babci.

Doświadczenie pokazało, że w małych miejscowościach to nie budzi emocji, w wielkich miastach budzi. Ma to swoje uzasadnienie i ja to szanuję

— stwierdziła w Krakowie szefowa MEN.

Najwyraźniej szefowa MEN dostaje bardzo słabą prasówkę. Wystarczy przejrzeć prasę lokalną, by wiedzieć, że to nie jest prawda.Trzeba jednak interesować się faktami, zamiast siać czystą propagandę, a fakty, to nie jest coś co pozostaje w granicach zainteresowań polityków PO.

Nie chcą puścić sześciolatków do szkół. Niemal połowa rodziców chce odroczeń

— donosi Tygodnik Karpkowicki.

Sześciolatki do szkoły? Niekoniecznie! Mnóstwo rodziców stara się o odroczenie momentu rozpoczęcia nauki w szkole przez swoje dzieci. Oblężenie przeżywa zabrzańska Poradnia Psychologiczno-Pedagogiczna

— informują Nowiny Zabrzańskie.

Poradnie oblężone. Rodzice chcą odwlec obowiązek szkolny dla dzieci — czytamy na dziendobrywloclawek.pl

Coraz więcej rodziców w Tarnowie i powiecie chce odroczyć dzieci. W Tarnowie rośnie liczba rodziców, którzy nie chcą posyłać sześciolatków do szkoły

— informowało tarnowskie radio RDN.

Zainteresowanie rodziców badaniami sześcioletnich dzieci w poradni jest ogromne

— informował Dziennik Bydgoski.

Rodzice sześciolatków szturmują poradnie. Nie chcą aby ich dzieci chodziły do szkoły

— alarmował Dziennik Bałtycki.

Warto zadać sobie pytanie czy szefowa MEN kieruje polskim resortem edukacji czy może jakimś innym? Być może też swoje zainteresowanie ogranicza wyłącznie do szkół niepublicznych, bo przecież do takich chodzą jej dzieci. Na kłamliwe stwierdzenie o tym, że kwestia sześciolatków budzie emocje tylko w dużych miastach na portalach społecznościowych zareagowali także rodzice. Poniżej tylko kilka przykładowych opinii, ale lekturę większej dawki polecam szefowej MEN. To byłaby jedna z bardziej pouczających lektur w jej życiu:

Maria Montusiewicz:

Może ta pani nie rozumie pojęcia „większość”? A tak poważnie, to zwykła ignorancja. Mieszkam w małej miejscowości, z kim bym nie rozmawiała: rodzice, nauczyciele z wieloletnim stażem, wszyscy są przeciwko. Szkoły nie są gotowe i program jest niedostosowany dla 6 letnich dzieci….

Aga Kurc:

Cóż, jestem z małego miasta i w grupie mojej córci pozostanie w przedszkolu swoich pociech deklaruje 100% rodziców. Nasza szkoła funkcjonuje na DWIE zmiany. A jeśli rodzice jeszcze nie znają swoich praw, to już wkrótce zostaną uświadomieni dzięki plakatom, które rozwieszam w naszym małym mieście.

Joanna Kluzik - Rostkowska, zgodnie z linią, jaką przyjęła PO, by odrzucić ponad 300 000 podpisów za obywatelskim projektem „Rodzice chcą mieć wybór” stwierdziła, że rodzice wybór czy posłać dziecko do szkoły czy też go nie posyłać mają. Powiedziała, że po zmianie przepisów to do rodziców należy wybór czy skorzystać z odroczenia czy nie. Niestety to nie do końca prawda. Bo to, że możliwość uzyskania odroczenia w teorii istnieje, wcale nie znaczy, że dziecko nie pójdzie do pierwszej klasy. Władze samorządowe prześcigają się w pomysłach, by utrudnić rodzicom życie.W kilku miejscach Polski, w tym w Warszawie w przedszkolach zlikwidowano możliwość przyjęcia dzieci odroczonych (przedszkola uchwalają nowe regulaminy i statuty, że edukację pobierają w nich dzieci w wieku lat 3-5). Ponadto miasto utworzyło inne obwody dla klas 0 i inne dla klas 1. Oznacza to, że jeśli rodzice chcą zapisać dziecko odroczone w Warszawie do kl. 0, to nie mogą tego zrobić w przedszkolu, natomiast do szkolnej zerówki dziecko owszem pójść może, ale w innej placówce niż za rok do klasy 1, a choćby i na końcu miasta. Taka kara dla niepokornych rodziców. Jeśli jeszcze do tego dołożymy wszelkie utrudnienia w poradniach i naciski władz samorządowych na te właśnie, znów okazuje się, że słowa minister Kluzik-Rostkowskiej są zwykłym bajaniem, w ogóle nie powiązanym z prawdą.

Nauczyciele i psychologowie pracujący w samorządowych placówkach nie chcą zwalniać dzieci z obowiązku szkolnego

— informował niedawno „Dziennik Gazeta Prawna”.

Nie ma się co dziwić, że samorządy zalecają podległym im dyrektorom i nauczycielom, aby nie ulegali presji rodziców i nie wydawali opinii, które byłyby dla poradni pod-stawą do odroczenia dziecka

— powiedział DGP Tadeusz Kołacz, naczelnik wydziału edukacji Urzędu Miasta w Chrzanowie.

Jego zdaniem gdyby sześciolatki pozostały w przedszkolach, to nie byłoby możliwości zapewnienia miejsc dla wszystkich czterolatków, a za dwa lata również trzylatków. A przecież dla władzy liczą się tylko statystyki. I dlatego, do oddziałów przedszkolnych przy szkołach wypychane są pięciolatki.To po prostu najtańszy i najgorszy sposób poprawienia statystyk i markowanie tworzenia brakujących miejsc w przedszkolach, które przecież w ostatniej dekadzie były masowo likwidowane. Nie zapominajmy, że rząd nałożył na samorządy obowiązek zapewnienia edukacji przedszkolnej wszystkim czterolatkom (w teorii pomysł wspaniały) jednak nie przeznaczył na to dodatkowych środków. I dlatego w oddziałach przedszkolnych w szkołach lądują już pięciolatki.

Tak więc wszystko wygląda zupełnie inaczej niż mówiła w Krakowie szefowa MEN. Niestety obowiązującą wersją prawdy jest ta głoszona przez PO. Nawet jeśli to g… prawda.