Polskie procedury de facto nie przewidują leczenia ludzi z urazem mózgu” - mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl/wSumie.pl o. Jacek Norkowski OP, dr nauk medycznych, teolog moralista, autor książki: „Człowiek umiera tylko raz”.

wPolityce.pl/wSumie.pl: Śledził Ojciec losy 17-letniego Kamila z Wrocławia, u którego stwierdzono śmierć mózgową i za zgodą ojca ale wbrew woli matki chciano od niego pobrać narządy do przeszczepu? Chłopak zmarł, ale temat przeszczepów jest aktualny. Kto miał rację w tym konkretnym przypadku?

O. Jacek Norkowski OP: Moim zdaniem rację ma mama i wszyscy ci, którzy domagali się leczenia. Problem polega na tym, że polskie procedury de facto nie przewidują leczenia ludzi z urazem mózgu. Wszystko co się robi, to przywrócenie krążenia i obserwowanie, czy stan pacjenta będzie się pogarszał, czy nie. Gdy się nie pogarsza, to jest dobrze, próbuje się chorego wybudzić itd. Jeśli natomiast jego stan zaczyna się pogarszać, stosuje się barbiturany, które jednak w przypadku dużego urazu mózgu nie wystarczają. Wówczas wzrasta ciśnienie śródczaszkowe  i dochodzi do wtórnego uszkodzenia mózgu. W tym czasie zamiast przeprowadzić na przykład kraniotomię (otwarcie czaszki w celu uzyskania dostępu neurochirurgicznego do mózgu - przyp. red.), którą prof. Talar jako chirurg powiatowy robił w takich przypadkach już 30 lat temu, to teraz nie robi się nic i czeka, aż stan chorego na tyle się pogorszy, że będzie można orzec śmierć mózgową i zgodnie z prawem pobrać narządy. Dobrze jest, jak się oczywiście spyta rodzinę o zdanie, ale jeżeli nie zapobiega się rozwojowi obrzęku mózgu, to nie dopełnia się według mnie istotnej części działania lekarskiego, które powinno być obowiązkowe. Więc te procedury są absolutnie wadliwe.

Czy w przypadku Kamila też nie podjęto koniecznych kroków, o których Ojciec mówi?

Nie została wykonana kraniotomia, nie zrobiono też wielu innych rzeczy. Trzeba monitorować ciśnienie śródczaszkowe i - oczywiście jeśli się ma aparaturę - to powinno się badać również przepływ krwi przez mózg, czyli ukrwienie mózgu. To jest rutynowe postępowanie na przykład w Stanach Zjednoczonych. U nas mówi się: „co mogliśmy, to zrobiliśmy”, ale tak naprawdę nie robi się właściwie nic. To, co się dzieje w Polsce, jest po prostu tragiczne. Polskie procedury właściwie nie przewidują ratowania chorego z urazem mózgu. Przecież wiadomo, że obrzęk mózgu będzie się powiększał i w związku z tym trzeba natychmiast temu przeciwdziałać. A u nas tego w ogóle nie ma. Prof. Talara wezwano za późno po to, żeby mieć listek figowy i móc powiedzieć, że nawet Talara wezwaliśmy. Ale prof. Talar przyjechał w momencie, kiedy Kamil był już na granicy życia i śmierci, można powiedzieć, że w skutek wcześniejszych zaniedbań.

Dlaczego procedury w Polsce są tak szokująco niekorzystne dla pacjentów z uszkodzeniem mózgu?

Te procedury ułatwiają pobieranie narządów. Tu nie ma jakiejś heroicznej walki o chorego, tylko przywrócenie krążenia po to, żeby narządy były ukrwione, czekanie aż mózg obrzęknie i pobranie narządu. To jest procedura całkowicie ukierunkowana na pobieranie narządów, nie na leczenie. Pozostawienie tego bez debaty publicznej jest niedopuszczalne, bo potem mówi się, że wszystko jest zgodne z prawem. No i jest, bo takie mamy procedury, ale lekarza obowiązuje jeszcze sumienie i zdobywanie dostępnej wiedzy. Lekarz nie może zasłaniać się procedurami, on powinien działać w interesie chorego. To jest zasadnicza część powołania lekarskiego.

Czy przeszczepianie narządów z Ojca punktu widzenia w ogóle nie jest do przyjęcia?

Zabrzmi to kolokwialnie i dosadnie, ale ja skupiam się na problemie zabijania ludzi na narządy. Natomiast problem przeszczepiania narządów jest szerszy, bo można je pobierać w taki sposób, żeby nie powodować śmierci dawcy. Można zatem pobrać jedną nerkę, tak jak to zrobiono w przypadku Przemysława Salety, który chciał pomóc swojej córce, ale ta nerka już została odrzucona. Ale można też pobrać kawałek wątroby bez wielkiej szkody dla dawcy, bo mu się ta wątroba zregeneruje i w takich przypadkach nie ma takiego problemu, że musimy poświęcić jedną osobę, żeby ratować inną. W myśl ogólnych zasad etycznych Kościoła katolickiego i prawa naturalnego można by to zaakceptować z pewnym zastrzeżeniem, że nie wolno nikogo zmuszać do bycia dawcą, bo to mimo wszystko jest pewne ryzyko.

Co jakiś czas słyszymy o kolejnych sukcesach w dziedzinie transplantologii. Nie robi to na Ojcu wrażenia?

Jest wiele osób, które uważają, że w ogóle jest to trochę błędny kierunek w medycynie. Ja też uważam, że to jest coś, co się nigdy w nic wielkiego już nie rozwinie i prawdziwym przełomem będzie regeneracja narządów za pomocą komórek macierzystych własnych, a nie pochodzących np. od mordowanych zarodków. Już teraz pobiera się je od samego pacjenta i technika idzie tak szybko do przodu, że za jakieś 10 lat przynajmniej w krajach bogatszych stanie się to dość powszechne, łącznie z regeneracją mózgu. Do Polski też to w końcu dojdzie. I to jest przyszłość. Każdy przeszczep zostaje odrzucony - taka jest zasada. Organizm nie uznaje przeszczepu za coś własnego, w związku z czym chory nigdy nie wraca do zdrowia i pełni sił. Cały czas musi brać leki immunosupresyjne, które są piekielnie drogie. Człowiek z przeszczepem twarzy szuka teraz pieniędzy na to, żeby opłacić te leki, których koszt to nawet kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie.

Te koszty mają znaczenie w dyskusji na temat przeszczepów?

Leki immunosupresyjne zmniejszają sztucznie odporność organizmu, żeby tolerował przeszczep. Ale to naraża człowiek na śmierć z powodu infekcji i chorób. Także to nie jest wcale takie szczęśliwe rozwiązanie. Stoją za tym raczej wielkie pieniądze firm farmaceutycznych, dla których każdy człowiek na przykład z przeszczepioną nerką, bo takich przeszczepów jest najwięcej, to żyła złota. Bo taki chory, albo jego system ubezpieczeniowy, musi wydać kilkadziesiąt tysięcy euro rocznie na to, żeby on żył.

Rozmawiał Bogusław Rąpała