Tomasz Arabski wraca ze słonecznego Madrytu w marnym stylu. Nie żebym spodziewał się po nim jakichś szczególnych godności, ale nie sądziłem, że posunie się do takich chwytów.

Cóż, człowiek w obliczu zagrożenia staje się nieobliczalny. Były już ambasador zapewne nie śpi dobrze (od blisko sześciu lat), a wizja zbliżającej się pierwszej rozprawy w procesie z rodzinami ofiar może jego samopoczucie nadwerężać jeszcze mocniej. To jedyne usprawiedliwienie dla lawiny arogancji i strzałów samobójczych, których pełen jest jego wywiad dla „Gazety Prawnej”.

Prawda jest moją tarczą

— mówi były przyboczny Donalda Tuska, czym de facto przyznaje, że jest zupełnie bezbronny…

Chciałbym zwrócić Państwa uwagę na kilka innych jego wypowiedzi. Mamy tu m.in. jednoznaczne przyznanie się, że rząd Donalda Tuska:

Tomasz Arabski: - Polska strona zabiegała o wrak. Do pewnego momentu dość skutecznie.

Magdalena Rigamonti: - W którym momencie przestała?

TA: - Kiedy kwestia wraku stała się dominująca w dzielącej Polskę polityce wewnętrznej. Był moment, kiedy chyba nawet ustalano między prokuraturą polską a rosyjską jakieś wstępne terminy. Pamiętam zebrania w tej sprawie…

Pal sześć jego idiotyczne „dość skuteczne” wcześniejsze zabiegi. Albo skuteczne były albo nie. Nie były. Ale czytamy, że PRZESTALI ZABIEGAĆ, bo wrak się niejako upolitycznił. To mówi Arabski. Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, jakie było podejście ekipy PO ws. szczątków tupolewa – dowodu w śledztwie, polskiej własności?

I dalej:

MR: - Nie było żadnych błędów urzędniczych?

TA: - Nie wiem.

MR: - A pan nie popełnił żadnych błędów?

TA: - Nie wiem. Mam czyste sumienie.

Tak, tak – zwłaszcza w sprawie uprzejmej zgody na rozdzielenie wizyt, czego żądał Kreml; w sprawie zakazania rodzinom otwierania trumien w Polsce; w sprawie naruszenia instrukcji HEAD i pomniejszych nieprawidłowości, które stwierdziły prokuratura oraz Najwyższa Izba Kontroli.

Niezwykle intrygująco brzmią krętactwa Arabskiego ws. spotkania w moskiewskiej restauracji Dorian Gray ze współpracownikami Putina. Przypomnijmy – Arabski w pewnym momencie wyprosił od stolika tłumaczkę.

MR: - Rozmawialiście po rosyjsku?

TA: - Nie mówię zbyt dobrze po rosyjsku. Pracownica ambasady tłumaczyła. Najpierw tylko z ministrem Uszakowem o wizycie premierów Polski i Rosji w Katyniu 7 kwietnia. Potem przyszedł na obiad premier Sieczyn i rozmawialiśmy o agendzie rozmów, które miały się odbyć w Smoleńsku po uroczystościach w Katyniu. Zresztą sporządziłem z tego spotkania notatkę.

MR: - Ta notatka jest niepełna. Kiedy przeszedł pan na angielski, tłumaczka została odsunięta.

TA: - Myślę, że notatce nic nie brakuje. Ta tłumaczka, jak pani mówi, to pracownik ambasady, dyplomata. Nie była odsunięta, tylko poproszona o zostawienie nas na moment samych.

MR: - Dlaczego nie ma notatki z tej angielskiej części rozmowy?

TA: - Bo nie było żadnej, jak pani to nazywa, angielskiej części rozmowy. Notuje się istotne kwestie i ustalenia, a nie każdy retoryczny zawijas. Nawet po angielsku. Podejrzewam, że spieraliśmy się o jakieś drugorzędne rzeczy i pewnie wtedy był ten angielski moment. To przecież mój interlokutor był podczas rozmowy sam, kiedy sekretarz ambasady towarzyszyła mi praktycznie cały czas.

Zrozumieli Państwo, dlaczego część tego spotkania nie była przeznaczona dla uszu tłumaczki? Bo ja nie…

Kluczową okolicznością dla zaistnienia katastrofy było rozdzielenie wizyt Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego. Arabski opowiada dziś o tym tak:

MR: - To skąd ten 7 i 10 kwietnia?

TA: - To ja uzgodniłem termin 7 kwietnia.

Mr: - A kto uzgadniał 10?

TA: - Mówię o uzgodnieniu 7 kwietnia ze stroną rosyjską. Wiedzieliśmy, że polskie obchody rocznicy zbrodni katyńskiej organizuje minister Andrzej Przewoźnik, szef Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Padały różne daty między 10 a 14 kwietnia, stanęło na 10 kwietnia. Przygotowania się odbywały i bardzo szybko było wiadomo, że premier Tusk weźmie udział w uroczystościach. To był albo koniec stycznia, albo początek lutego. Pamiętam, jak wówczas minister Przewoźnik mówił, że jeszcze nie wie, czy prezydent Kaczyński pojedzie do Katynia, bo nie ma jeszcze decyzji z Kancelarii Prezydenta.

MR: - No i co się stało?

TA: - Nic. Zadzwonił premier Putin i zaproponował premierowi Tuskowi spotkanie w Katyniu, oddanie hołdu ofiarom zbrodni katyńskiej, rozmowy bilateralne w Smoleńsku. Szefowie kancelarii próbowali ustalić termin.

MR: - Czyli z polskiej strony pan?

TA: - Tak, najpierw z automatu zaproponowałem 10 kwietnia, ale Rosjanom sobota nie pasowała. Zaproponowali poniedziałek albo wtorek, dokładnie nie pamiętam, ale to z kolei nam nie pasowało. Stanęło więc na 7 kwietnia.

MR: - Zadzwonił pan do ministra Przewoźnika, że premier jedzie do Katynia 7 kwietnia?

TA: - Nie pamiętam szczegółów. Na pewno przekazałem ludziom w naszej kancelarii informacje o tej dacie i oni poinformowali ministra Przewoźnika. Może zadzwoniłem też do niego sam, ale nie pamiętam.

MR: - Kancelarię Prezydenta?

TA: - Na pewno, choć nie wiem, w jakiej formie. MSZ też.

MR: - Rozumiem, że nie zabiegał pan o to, by prezydent Kaczyński pojawił się 7 kwietnia w Katyniu?

TA: - Broń Boże, to są dwa różne porządki. Czym innym organizowana przez ministra Przewoźnika polska uroczystość w Katyniu, a czym innym spotkanie szefów rządów Polski i Rosji w Katyniu na zaproszenie rosyjskiego premiera. Nie było żadnego rozdzielenia wizyt. Żadnych gier. Zwyczajnie zajmowaliśmy się swoimi sprawami.

Przypomnijmy więc byłemu szefowi KPRM kilka faktów, bo najwyraźniej hiszpańskie słońce nieco zaburzyło pamięć:

— 27 stycznia Władysław Stasiak poinformował KPRM oficjalnie o udziale prezydenta w uroczystościach (jeszcze bez daty)

— 3 lutego rosyjski premier dzwoni do polskiego i zaprasza na kwietniowe uroczystości

— Ok. 13 lutego, jak zeznał Dariusz Górczyński, naczelnik Wydziału Federacji Rosyjskiej Departamentu Wschodniego MSZ, zeznał w prokuraturze:„po rozmowie obu premierów, minister Arabski z ministrem Uszakowem uzgodnili, że premier Putin przybędzie do Katynia w dniu 7 kwietnia 2010 r.” W tym czasie kancelaria prezydenta wciąż zakłada wspólne uroczystości

— 23 lutego MSZ prosi kancelarię prezydenta o pilne potwierdzenie uczestnictwa Lecha Kaczyńskiego w uroczystościach 10 kwietnia

— 4 marca Władimir Putin oficjalnie zaprasza Donalda Tuska na 7 kwietnia, co natychmiast zostaje ogłoszone. Prezydent jest zaskoczony.

W „smoleńskich” dokumentach znajdują się i takie, które jednoznacznie stwierdzają, że nie chodziło wcale o to, że „Rosjanom sobota nie pasowała”, jak mówi Arabski, lecz że nie życzyli sobie wspólnych uroczystości z udziałem Putina i Kaczyńskiego. Szef KPRM wyszedł im naprzeciw…

Tu wypada zgodzić się z innym zdaniem ex-ekscelencji: ta sprawa naznaczy go do końca świata. Już tego z siebie nie zmyje.

I wreszcie rzecz najbardziej niegodziwa w rozmowie Arabskiego z „DGP”.

Jakieś dwa tygodnie po tym, kiedy już było jasne, że 7 kwietnia w Katyniu jest spotkanie premierów, a trzy dni później uroczystości organizowane przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, zadzwonił do mnie minister Stasiak i powiedział, że dobrze się wszystko ułożyło. I mam teraz to opowiadać na dowód, że nie było wojny? Minister Stasiak nie może tego potwierdzić, bo nie żyje, zginął w Smoleńsku.

No właśnie… Dlatego też Arabski powinien milczeć. Ponieważ Władysław Stasiak nie może tego potwierdzić, przywołam moją rozmowę z Pawłem Wypychem, innym prezydenckim ministrem, którego Polska straciła w Smoleńsku. Rozmawialiśmy kilka dni przed katastrofą. Nie jest prawdą, że w kancelarii uważano, jakoby „dobrze się ułożyło” z rozdzieleniem wizyt. Paweł Wypych owszem, wyrażał ulgę, że udało się porozumieć z MSZ na szczeblu wiceministerialnym (z Andrzejem Kremerem, kolejną ofiarą katastrofy) co do akcentów, jakie postawią premier i prezydent w czasie swoich przemówień. Lecz była to tylko ulga – że to nieszczęsne zamieszanie z datami być może nie wpłynie na wymowę rocznicowych uroczystości.

I ostatnia wypowiedź Arabskiego, którą należy odnotować w kronice propagandy:

TA: Nie mam zdolności, żeby ocenić, co można by lepiej zrobić. Ci, którzy są teraz aktywni, mówią o spisku, przecież byli wtedy w Smoleńsku, niektórzy nawet organizowali wizytę prezydenta Kaczyńskiego. I wie pani, oni wtedy 10 kwietnia, kiedy zginął prezydent Rzeczypospolitej, nasz prezydent i 95 innych osób, poszli w Smoleńsku na obiad, a potem wrócili do Polski.

MR: - Kto tak zrobił, minister Antoni Macierewicz?

TA: - Oczywiście. Choćby on. Nie chce mi się wymieniać nazwisk. Oni wiedzą. Według mnie ich zachowanie odbiera im prawo do oceniania zachowania innych po 10 kwietnia, bo nie wiedzą, co się działo w Smoleńsku, co później w Moskwie.

To nie jest nowy argument (dość powszechnie pojawia się w anonimowych internetowych hejtach), lecz w ustach wijącego się w fałszach Arabskiego nabiera szczególnej mocy. Czego bowiem oczekiwałby od Antoniego Macierewicza i innych polityków PiS obecnych w czasie katastrofy na cmentarzu katyńskim? Wtargnięcia na wrakowisko? Zabezpieczenia terenu? Rozpoczęcia śledztwa? Przypomnijmy: to Arabski i jego – jak mówi – przyjaciel Donald Tusk rządzili Polską, koordynowali pracę najważniejszego urzędu w państwie. To rząd nie sięgnął po instrumenty prawne dające Polsce lepszą pozycję w obliczu tragedii. To rząd nie zadbał o zabezpieczenie miejsca katastrofy, nie wysłał na miejsce natychmiast przygotowanych prokuratorów i oficerów służb specjalnych, a wcześniej nie zadbał o obecność na lotnisku funkcjonariuszy BOR. I można tak długo wymieniać.

Egzaminu nie zdało tego dnia państwo rządzone przez Tuska, Arabskiego, Sikorskiego, Kopacz, Klicha.

A co do obiadów, to wypada życzyć, by kasza nie była przypalona. Po samym czarnym chlebie zalanym czarną kawą człowiek może nie mieć siły ścielić pryczy.

Señor Arabski, darmowa dobra rada: silencio!