Warszawa szasta pieniędzmi organizując kampanię propagandową „Sześciolatek w szkole”. Tymczasem mogłaby te pieniądze przeznaczyć na sfinansowanie miejsc dla trzylatków w niepublicznych placówkach. Mogłaby, ale nie chce.

Od kilku dni rodzice dzieci z warszawskich przedszkoli dostają ulotkę, w której władze stolicy zachwalają szkoły i pierwszą klasę. W ramach kampanii promocyjnej na warszawskich wiatach autobusowych zawisły także plakaty. Na ulotce i plakacie czytamy: „Sześciolatek w szkole – mądre wspieranie dzieciństwa”. W ten sposób Hanna Gronkiewicz-Waltz przeciwstawia mądrych rodziców, którzy wyślą dziecko do szkoły, tym „głupim”, którzy chcą „ograniczać” jego rozwój w przedszkolach. Spoglądająca z ulotek i plakatów uśmiechnięta dziewczynka mówi: „Od września idę do szkoły. A Ty?” I tu znów mamy domniemany kontrast ze smutnym dzieckiem, któremu rodzice do szkoły pójść nie pozwalają.

To jednak nie koniec. Prawie wszystkie stołeczne przedszkola, (jest ich w stolicy blisko 340) decyzją Ratusza z sześciolatkami będą się żegnać i nie stworzą zerówek. Tylko Ochota zdecydowała się na pozostawienie zerówek, których wcześniej nie zlikwidowała. Rodzice słyszą na zebraniach (podobnie jest zresztą w wielu polskich miastach i miasteczkach), że owszem mają wybór, ale między pierwszą klasą, a zerówką szkolną. Ma być to spowodowane brakiem miejsc dla trzylatków.

Tymczasem miejsca dla trzylatków są, ale wszystko jak zwykle rozbija się o pieniądze, których samorządy nie chcą wydawać na edukację przedszkolną.

Od wielu lat władze zachęcały, by tworzyć miejsca dla dzieci w przedszkolach niepublicznych. I faktycznie w ostatnich latach powstały tysiące miejsc w niepublicznych placówkach, tworzonych często za wysokie kredyty. Ale władze Warszawy i wielu innych samorządów nie chcą teraz widzieć tych miejsc i zachowują się jakby ich nie było. A wystarczyłoby, żeby samorząd przekazał tym przedszkolom nie 75  proc. dotacji, jak to się dzieje w tej chwili, a 100 procent, analogicznie do przedszkoli publicznych. Stowarzyszenie Przedszkoli Niepublicznych mówi, że ta kwota wystarczyłaby, aby wówczas miejsca w niepublicznych placówkach weszły w pulę miejsc dostępnych dla wszystkich dzieci za złotówkę. Tak więc samorząd, gdyby tylko chciał, mógłby sfinansować brakującą liczbę miejsc dla najmłodszych dzieci. Kilka samorządów w Polsce zresztą się na to zdecydowało.

Problem w tym, że na dziecko w szkole samorząd dostaje od państwa wielokrotnie więcej niż na dziecko w przedszkolu. Rachunek ekonomiczny jest więc oczywisty. I dlatego np. Warszawa (której władze są z PO) woli finansować kampanię „Od września idę do szkoły” i płacić za plakaty na wiatach przystankowych firmie AMS S.A., czyli spółce córce AGORY S.A., wydawcy „Gazety Wyborczej” (co słusznie zauważył bloger Marcin Gugulski), niż sfinansować miejsca dla trzylatków w niepublicznych przedszkolach. Łatwiej skłócić rodziców trzylatków i sześciolatków niż po prostu zapewnić miejsca dla wszystkich dzieci.

Tymczasem prawo jest po stronie rodziców. Wciąż mogą działać, choć czasu coraz mniej, bo do pierwszego marca, czyli rozpoczęcia rekrutacji pozostały niecałe dwa tygodnie. Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców przygotowało specjalny poradnik dla rodziców, których dziecku odmówiono prawa pozostania w przedszkolu.

PORADNIK ZOBACZ TUTAJ

O tym, że warto walczyć przekonali się rodzice w tych miejscach, gdzie szkoły, pod presją samorządów, odmówiły nawet stworzenia zerówek. Jednak pod groźbą kontroli z kuratorium i obcięcia subwencji oświatowej dyrektorzy zmienili zdanie. Niektóre samorządy posuwają się nawet do przekupstwa i zdecydowały się płacić rodzicom, którzy poślą dziecko do pierwszej klasy (np. w Opolu, Rybniku czy Sosnowcu). Wciąż jednak na tym interesie zarabiają.