Włodzimierz Cimoszewicz cierpi na moralne wzdęcia i wystawia innym świadectwa moralności. Nigdy jednak nawet się nie zastanowił, jakie ma do tego prawo. Uważam, że nie ma takiego prawa.

W kategorii pierwszy moralizator w polskiej polityce od lat liderem jest Włodzimierz Cimoszewicz. Właściwie nie robi on nic innego, jak tylko ocenia innych polityków z wyżyn swego moralnego parnasu ukrytego gdzieś w Puszczy Białowieskiej. Nie ma dnia, żeby nie zademonstrował w telewizji swej moralnej wyższości i nie pokazał politycznych przeciwników jako moralnych karłów, głupków i miernoty. W styczniu 2016 r. ogłosił na przykład światu, że politycy PiS „to są durnie”, które „prowadzą antypolską politykę”.

Pod koniec czerwca 2015 r. Włodzimierz Cimoszewicz oświadczył, że wycofuje się z polityki. Dlatego po tej deklaracji w mediach jest go mniej więcej dwieście razy więcej niż wcześniej, czyli jest właściwie kilka razy dziennie. I wyłącznie moralizuje oraz wystawia moralne cenzurki innym. Apolityczny Cimoszewicz jest zresztą co najmniej od 2005 r., gdy jako kandydat na prezydenta przekonywał, że brzydzi się polityką. Co nie przeszkadzało mu kandydować na najbardziej polityczne stanowisko w Polsce. Włodzimierz Cimoszewicz jest apolityczny właściwie od 1990 r., gdy upadła PZPR, w której trwał od 1971 r. Ale trwał apolitycznie, bo przecież funkcja sekretarza komitetu uczelnianego PZPR na Uniwersytecie Warszawskim była absolutnie niepolityczna. I powierzana komukolwiek, kto akurat przechodził tamtędy z tragarzami, a nie zaufanemu aparatczykowi. A potem pełnił Cimoszewicz kompletnie apolityczne funkcje posła (1989-2005), senatora (2007-2015), ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego (1993-1995), wicepremiera (1993-1995), premiera (1996-1997), ministra spraw zagranicznych (2001-2005), wicemarszałka Sejmu (1995-1996) i marszałka Sejmu (2005).

Można by na natrętne i nachalne moralizowanie Włodzimierza Cimoszewicza machnąć ręką, gdyby nie pewna obrzydliwość, która w tym wszystkim tkwi. Obrzydliwość polega generalnie na tym, że Cimoszewicz jest jednym z twórców i filarów systemu postkomunistycznego w Polsce, a za komuny był jej lojalnym i wcale nietuzinkowym budowniczym. W III RP zajmował najważniejsze stanowiska jako polityk postkomunistycznego Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jest też podręcznikowym „resortowym dzieckiem”. Zapewne w genetycznej wręcz apolityczności pomogło mu to, że jego ojciec, Marian Cimoszewicz, też był gruntownie apolityczny. Wedle danych „Biuletynu Informacji Publicznej” IPN, urodzony w Uljanowsku (w ZSRS) Cimoszewicz senior był w latach 1940-1943 żołnierzem Armii Czerwonej, a potem znalazł się w Armii Berlinga. Od 1945 r. robił karierę jako oficer Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego, a po 1950 r. GZI MON, czyli wojskowej bezpieki. Po 1957 r. znalazł się w Wojskowej Służbie Wewnętrznej MON, bo w nią przekształcono GZI. Osoby zainteresowane mogą w różnych źródłach znaleźć coś o tym, czym się w wojskowej bezpiece zajmował Cimoszewicz senior. Mogą też znaleźć informacje (m.in. w „Życiu Warszawy” i „Gazecie Współczesnej” z 4 grudnia 2007 r.) o zarejestrowaniu 26 września 1980 r. przez Wydział II Depertamentu I MSW Włodzimierza Cimoszewicza jako kontaktu operacyjnego „Carex” oraz o tym, że prawomocnym wyrokiem z 3 marca 2001 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie Wydział V Lustracyjny uznał, że Włodzimierz Cimoszewicz mimo tej rejestracji nie współpracował z organami bezpieczeństwa PRL. Skądinąd w kwietniu 2007 r. Włodzimierz Cimoszewicz oświadczył, że nie złoży oświadczenia lustracyjnego: wtedy nie był czynnym politykiem, lecz pracownikiem naukowym, a ci też podlegali lustracji.

Obecnemu czyściochowi moralnemu Cimoszewiczowi (wypranemu z wybielaniem) nigdy nie przeszkadzała służba ojca w wojskowej bezpiece, a wręcz strasznie się pieklił, gdy ktoś o tym wspominał. Sam wstąpił do PZPR niedługo po masakrze grudniowej na Wybrzeżu, o której zdecydowali przecież towarzysze z komunistycznej partii, do której się zapisał. I ręka mu nie drgnęła, gdy podpisywał deklarację członkowską. Nie ma żadnych dowodów, że decyzję o strzelaniu do robotników w grudniu 1970 r. potępił wtedy, gdy był członkiem PZPR. Podobnie jak nie ma ich w wypadku ścieżek zdrowia, aresztów i prześladowań firmowanych przez PZPR w 1976 r. Nigdy przed 1990 r. nie znalazłem słów potępienia Cimoszewicza dla aresztowań i więzienia działaczy antykomunistycznej opozycji. Nie moralizował on, gdy Jaruzelski z Kiszczakiem wprowadzili stan wojenny i zamknęli tysiące ludzi. Gdy na długoletnie więzienie skazywano tych, którzy zdołali się ukryć, a których bezpieka potem wytropiła. Nie moralizował Cimoszewicz wtedy, gdy bandyci z ZOMO, zbrojnego ramienia PZPR, strzelali do górników w kopalni Wujek. Nie słyszałem jego moralizatorskich tyrad, gdy bezpieka, której kierownictwo PZPR dało wolną rękę, skrytobójczo mordowała działaczy opozycji i księży, w tym Jerzego Popiełuszkę. Czyścioch moralny Cimoszewicz nawet nie rzucił wtedy legitymacją PZPR, nie mówiąc o tym, że nie potępił sprawców politycznych mordów i organizatorów prześladowań, a przynajmniej nie ma na to żadnych dowodów.