Chodzi o to, by ogromne pieniądze z Polski stabilizowały inne państwa, by miały one kontrolę nad technologiami wdrażanymi w naszym kraju, by Polska nie zatrzymała federalizacji Europy.

Straszeniem oraz kontynuacją strategii szantażu i nacisków jest decyzja Komisji Europejskiej o „monitorowaniu” praworządności w Polsce. Nie ma ona większego praktycznego znaczenia, ale ma wywierać wrażenie na opinii publicznej w Polsce i poza nią. Ma także wpływać na „resocjalizację” nowych polskich władz. Komisja Europejska jest zresztą tylko listonoszem tego, co urodziło się poza Brukselą. A urodziło się w różnych grupach interesów, w lobby i niektórych stolicach, poprzez media starających się wychowywać nowy polski rząd i wpływać na jego decyzje. Pretekstów jest wiele, a sprawa Trybunału Konstytucyjnego stała się akurat wygodna. Można wskazać wiele celów tej resocjalizacji Polski podejmowanej z zewnątrz, ale najważniejsze są te biznesowe i polityczne.

Polska w najbliższych latach wyda około biliona złotych na unowocześnienie państwa i gospodarki (w to wlicza się środki z Unii Europejskiej). Wyda też około 100 miliardów złotych na modernizację armii. Na sposób wydawania większości tych środków będzie miał wpływ rząd PiS. Dotychczas było tak, że większość pieniędzy wydawanych na modernizację Polski i naszej armii, czyli setki miliardów złotych, bezpośrednio lub pośrednio trafiało do różnych podmiotów w państwach, które teraz chcą polski rząd resocjalizować. I te „polskie” pieniądze w znaczącym stopniu decydowały o kondycji firm, o ich poparciu dla rządów, które kontrakty z Polską lobbowały i wspierały. Te „polskie” pieniądze tworzyły miejsca pracy w innych państwach i w ten sposób rozwiązywały część problemów społecznych. Te pieniądze były istotnym czynnikiem stabilizacji politycznej w tych państwach. Kontrakty z Polską pozwalały także na wpływanie na polską gospodarkę i sektor wojskowy, choćby poprzez uzależnianie od konkretnych technologii.

Zapowiedzi rządu PiS nie budzą wątpliwości, że wielu obecnych beneficjantów straci pieniądze z Polski, straci kontrakty, a jeśli nawet tak się nie stanie, ich wpływ na Polskę znacznie się zmniejszy. Oznacza to nie tylko wymierne straty, ale też zniknięcie ważnych możliwości i narzędzi wpływania na to, co się w Polsce dzieje. Rząd PiS jest ewidentnym zagrożeniem dla interesów wielu ważnych graczy, w tym dla istotnych interesów niektórych państw oraz ponadnarodowych korporacji i grup wpływu oraz przeróżnych lobby i międzynarodowych instytucji, w tym finansowych. Nie chodzi zresztą tylko o kontrakty, ale także o politykę wobec sektora bankowego, o zmiany podatkowe likwidujące ewidentne korzyści zagranicznych podmiotów. Chodzi też o przerwanie transferowania co najmniej 50 mld zł rocznie za granicę przez podmioty, które wykazują w Polsce wyłącznie straty, a mimo to nie kończą działalności, lecz prowadzą kolejne inwestycje. W tym wszystkim chodzi więc o takie wpłynięcie na polski rząd, żeby utrzymać status quo i nie stracić ogromnych pieniędzy zarabianych w naszym kraju. Mamy zatem do czynienia z bardzo konkretnymi i wymiernymi interesami, które decydują o sile oraz skali nacisku na Polskę, a także o determinacji, by Polskę resocjalizować czy też glajszachtować.

W sensie politycznym objęcie Polski „kontrolą” ma utrzymać nas w ryzach i w ramach przydzielonego nam statusu. Polska jest największym i najsilniejszym państwem przyjętym do UE w ostatnich kilkunastu latach, jest najważniejszym i najsilniejszym państwem postkomunistycznym w unii. I jest akceptowana przez rządy państw tzw. starej unii oraz przez eurobiurokrację jako państwo grzeczne, uległe, podporządkowane silniejszym i skłonne do respektowania ich interesów. Węgry Viktora Orbana były wprawdzie poważnym problemem dla wielu państw i unijnej klasy urzędniczej, ale to tylko dziesięciomilionowy naród, w dodatku Budapeszt nie miał szans na odgrywanie roli lidera regionu. Polska wyłamująca się tak jak Węgry z dążenia do federalizacji i do ograniczania roli rządów oraz parlamentów narodowych jest znacznie większym kłopotem. I jej przykład byłby znacznie bardziej zaraźliwy. Nacisk na nowe polskie władze czy wręcz ich szantażowanie ma spowodować, że nie będziemy w Brukseli przeszkadzać możnym w urządzaniu Europy wedle ich interesów i upodobań.

Polska nie jest członkiem strefy euro, więc nie można na nas wpływać poprzez tę walutę i działania Europejskiego Banku Centralnego. Nie można też w znaczącym stopniu przerzucać na Polskę kosztów ratowania źle sobie radzących państw strefy euro. Polska jest też największym potencjalnym i realnym sojusznikiem Wielkiej Brytanii, która chce wielu zmian w UE. Głos Polski za brytyjskimi propozycjami byłby dużym problemem dla Niemiec, Francji, Włoch czy Hiszpanii. Rządy Donalda Tuska i Ewy Kopacz były grzeczne i układne, nie podskakiwały, bo Tusk miał osobisty interes i w końcu dostał posadę przewodniczącego Rady Europejskiej, zaś Ewa Kopacz nie miała żadnych ambicji, żeby prowadzić samodzielną politykę. Rząd Beaty Szydło nie chce być w UE grzecznym chłopcem do ogrywania i nie będzie realizował interesów Berlina, Paryża, Rzymu czy szerzej Brukseli. I to jest oczywisty i zrozumiały powód, by Polskę zmiękczyć tak jak tylko się da, także metodami nacisków i szantażu. Polski rząd ma być spolegliwy i pozostać w tym samym miejscu, które mu wyznaczono wtedy, gdy na obrady Rady Europejskiej jeździli Donald Tusk i Ewa Kopacz.

Można się zastanawiać, jaki pretekst znaleziono by w Brukseli, gdyby nie zmiany w Trybunale Konstytucyjnym czy mediach publicznych, ale jakiś by się znalazł. W tym wszystkim nie chodzi bowiem o demokrację, która w Polsce nie jest zagrożona, lecz o wielkie interesy, wielkie pieniądze i przyszły kształt UE. I to są prawdziwe powody objęcia Polski „kontrolą” oraz ewidentnego szantażowania rządu w Warszawie. Reszta to mało znaczące didaskalia czy też szum, który ma przykryć prawdziwe cele akcji resocjalizowania Polski pod rządami PiS.