Za czasów Platformy Obywatelskiej upartyjnienie kolejnych instytucji rządowych stało się prawdziwą plagą.

W mediach szerokim echem odbiła się afera w NIK. Media publikowały treści rozmów prezesa Kwiatkowskiego i posła Burego, które pokazywały ustawianie konkursu na dyrektora w Izbie. Portal wPolityce.pl trafił na ślad kolejnych zaskakujących praktyk. Tym razem chodzi o szalenie ważną instytucję zajmującą się polskimi złożami geologicznymi oraz bezpieczeństwem ekologicznym. Z informacji, do których dotarł nasz portal, wynika, że w Państwowym Instytucje Geologicznym dzieją się rzeczy zaskakujące i budzące bardzo poważne podejrzenia.

Początek tej historii datowany jest na 7 lipca 2014 roku. To wtedy minister środowiska odwołał ze stanowiska prof. Jerzego Nawrockiego. Na stronach PIG pojawił się jedynie lakoniczny komunikat, jednak z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że dyrektor Nawrocki został odwołany po doniesieniu, jakie trafiło do niego od jednej z pracownic. Sam Nawrocki uważa, że stał się ofiarą politycznej nagonki i rozgrywek o Instytut. Sprawę swojego odwołania skierował do sądu, gdzie toczy się proces o jego przywrócenie do pracy. Zaskakujące odwołanie Nawrockiego rozpoczęło falę kolejnych dziwnych wydarzeń. Zgodnie z zarządzeniem resortu środowiska p.o. dyrektorem został Roman Smółka, który do dziś pełni swoją funkcję.

Przed ponad rok Ministerstwo Środowiska nie było w stanie wyłonić nowych władz PIG-u, choć zarządzony został konkurs w tej sprawie. Zwłoka w procesie uzupełniania władz wydaje się co najmniej zaskakująca. Pierwszy konkurs zakończył się bowiem skandalem – minister środowiska odmówił powołania na stanowisko kandydata wyłonionego przez komisję konkursową i zamknął konkurs bez rozstrzygnięcia. Z naszych informacji wynika, że resortowi nie podobał się… kandydat wskazany przez komisję konkursową.

W konkursie brało udział pięciu kandydatów, a komisja przedstawiła ministrowi prof. dr hab. Krzysztofa Szamałka jako kandydata na stanowiska dyrektora. Jednak minister, powołując się na błędy formalne odmówił jego powołania

— mówi nam osoba znająca szczegóły postępowania.

W komunikacie rzeczywiście czytamy, że „nie dopełniono wymogów formalnych”, jednak nasi informatorzy nie mają wątpliwości, że była to jedynie zasłona dymna, a decyzja resortu wygląda jak próba sprzeciwu wobec działań komisji konkursowej. Z naszych informacji wynika, że prof. Szamałek mógł się nie spodobać władzom rządowym. I nie było istotne, że Rada uznała, że to on powinien konkurs wygrać. Resort zdaje się mieć „swojego” kandydata w konkursie.

Z naszych wiadomości wynika, że rządowe działania wobec PIG sprzyjają innemu z kandydatów, prof. dr hab. Grzegorzowi Pieńkowskiemu. Problem w tym, że startujący w konkursie został bardzo kiepsko oceniony, więc nie miał szans na nominację za pierwszym podejściem. Pieńkowski nie stał z założonymi rękami i miał skierować do Ministra Środowiska, co stało się jednym z powodów rozpisania nowego konkursu. To jednak znów zostało oprotestowane przez zwycięzcę konkursu prof. Szamałka, jego sprawa trafiła do sądu, który zajmuje się legalnością zaskakującego zakończenia konkursu.

Minister środowiska działał dalej. Z jednej strony przedłużał zarządzanie PIG-iem przez p.o. dyrektora Smółkę, a z drugiej zarządził drugi już konkurs na dyrektora. Ten ruszył 9 marca 2015 roku, ale do dziś nie został zakończony.

Ciąg dalszy na kolejnej stronie