I ja, i wielu innych obserwatorów pisaliśmy po drugiej turze wyborów, że establishment III RP bardzo wyraźnie nie ma żadnego pomysłu na odnalezienie się w nowej sytuacji. Że demonstruje własne zagubienie i ewidentnie nie ma żadnych nowych strategicznych (ba, również taktycznych!) pomysłów, które mogłyby posłużyć do zatamowania grożącej mu fali. Fali, której najgorszym – z punktu widzenia establishmentu – rezultatem mogłoby być przejęcie w październiku władzy przez PiS – ugrupowanie, którego elity boją się śmiertelnie.

Teraz muszę dokonać pewnej korekty w tej wizji. Bo ostatnie dni przyniosły sygnały, że jakiś pomysł po stronie establishmentu może jednak powoli kiełkuje.

Mam na myśli rysującą się koncentrację negatywnej kampanii szeroko rozumianego obozu IV RP nie na PiS, tylko na tworzącym się ruchu Pawła Kukiza. Bardzo pouczająca jest pod tym względem lektura weekendowej „GW”. Oto Marek Beylin, autor poświęconego buntowi młodych prekariuszy (czyli ludzi w trwale niepewnej materialnie sytuacji zawodowo-życiowej, pracujących na umowach nie dających gwarancji minimalnej stabilizacji) wstępniaka na pierwszej stronie, traktuje Kukiza co najmniej na równi z PiS. Kukiz rzekomo widzi w swoich wyborcach „pożytecznych idiotów”, „chce Polski konserwatywno-narodowej, co nie ma nic wspólnego z poprawą losu prekariuszy”, itd.

A wewnątrz numeru trafiamy na esej dziennikarza „Wyborczej” Michała Danielewskiego i iberystki Ewy Sapieżyńskiej pod wszystko mówiącym tytułem „Drugi Budapeszt? Raczej drugie Caracas”

Swój tekst Danielewski i Sapieżyńska zaczynają następującą, horrorystyczną wizją bliskiej przyszłości:

Migają telewizyjne obrazki. Wiec. Przywódca silnym głosem demaskuje manipulacje mediów i płynnie przechodzi ku wezwaniom do dalszej walki. Ostrzega przed wrogami czającymi się u granic kraju, gromi spekulantów z Zachodu, którzy w sojuszu ze swoimi pachołkami w ojczyźnie żerują na biednych i wykluczonych. Tradycyjne partie wyklina jako siedlisko korupcji i przeciwstawia im Ruch, obywatelski sprzeciw i obywatelską władzę z nim w pierwszym szeregu. Ale nie na czele! On jest przecież jednym z nich, medium; to lud przemawia przez niego: „Wy to ja, a ja to wy”. W jego słowach każdy znajdzie coś dla siebie. Zwolennik bezpośredniej demokracji. Lewicowiec nienawidzący wyzysku. Prawicowiec marzący o rządach silnej ręki, które ukrócą nowotwór partyjniactwa. Drobny przedsiębiorca i jego pracownik. Sarkają na niego tylko elity i wielcy kapitaliści. Niech sarkają, niech się boją. Wszystkim to się podoba i potwierdza słowa przywódcy. Na koniec zaczyna śpiewać i, mój Boże, jakiż wspaniały jest jego śpiew: mocny, żarliwy, taki, co i do rozumu, i do serca przemówi. Wiwatom nie ma końca”.

Tak, owym „pierwszym polskim caudillo” (hiszpańskie określenie populistycznego dyktatora) ma być właśnie Kukiz. Który w tekście z „GW” porównywany jest do… Hugo Chaveza, wieloletniego lewicującego przywódcę Wenezueli, który sprawował władzę po dyktatorsku, jechał na falach nienawiści klasowej, ale wygrywał demokratyczne wybory.

Cháveza z Kukizem programowo łączy zadziwiająco wiele

– czytamy.

Sprzeciw wobec „partiokracji” i zabetonowanej przez dwa ugrupowania scenie politycznej. Radykalne „demokratyzowanie demokracji” i negowanie praktyki systemu przedstawicielskiego. Projekt państwa w odnowionych aksjologicznych szatach nowej konstytucji. Dyskurs antysystemowy. (…) Do obu nie pasuje klisza naiwnych idealistów. I jeden, i drugi to pragmatycy wyczuwający, gdzie podrapać, by lud przestało swędzieć. Ale też obu wyróżnia szczerość, brak cynizmu, niechęć do wieloczynnikowych kalkulacji i wiara w misję. Kiedy mówią o twoich lękach, sami się boją. Gdy wzniecają w tobie ogień, sami płoną. (…)rośnie nam pierwszy polski caudillo, demokrata tak totalny, że aż autokratyczny. Niesiony na ramionach większości i zwiastujący złe czasy dla tych, którzy nie załapali się na jego urok. Polski Chávez, superbohater kończący rewolucję „Solidarności”, religijny lewicowiec, prawicowy egalitarysta.

Popularność Pawła Kukiza rośnie niezwykle szybko, dlatego warto wiedzieć, z jakim fenomenem mamy do czynienia. Jeśli będzie zdeterminowany, może zdobyć władzę

– konkludują dziennikarz i iberystka. A my jesteśmy w domu.

Żeby było jasne – Paweł Kukiz nie jest moim bohaterem; mam sporo wątpliwości co kierunku i personalnego charakteru, który może przybrać tworzone przez niego ugrupowanie. Ale to jedno, a porównywanie go do (skądinąd w dominującej narracji „Wyborczej” obsadzanego dotąd przeważnie w bardzo negatywnej roli) latynoamerykańskiego watażki – to jednak zupełnie coś innego. Trochę to kuriozalne, już choćby ze względu na militarną proweniencję oraz wojskowy charakter rządów Chaveza, i całkowicie cywilne emploi Kukiza.

Ale zdrowy rozsadek to coś innego, a polityczne wymogi etapu – to coś jeszcze innego. A wymogi te są takie: Kukiz to klucz do rozwoju sytuacji. Bo zdobycie samodzielnej większości przez PiS jest wciąż mało prawdopodobne. Kukiz jest jedynym prawdopodobnym kandydatem na koalicjanta. Zaś ewentualność utworzenia rządu przez Prawo i Sprawiedliwość to ewentualność najgorsza, i wszystko należy podporządkować nadrzędnemu celowi: uniemożliwieniu tego. Czyli temu, żeby ewentualna koalicja PiS-Kukiz nie miała większości.

I tu kluczowy jest wyborczy rezultat Kukiza. Bo PiS-owi się raczej głosów nie odbierze; jego elektorat jest wierny i zmobilizowany. Znacznie łatwiej – wydaje się polittechnologom – skutecznie walnąć w ruch Kukiza. Bo on nie ma – mieć jeszcze nie może – zbyt wielu wiernych wyborców. Odwrotnie – są oni labilni, zmienni. Tu można znaleźć słabe punkty. Tu można powalczyć o demobilizację.

W poniedziałkowym numerze tygodnika „wSieci” opisuję tę układankę od strony innej inicjatyw politycznej – nowoczesnej.pl Ryszarda Petru. Stawiam tam tezę, że może ona odegrać istotną rolę poprzez zawalczenie o część wyborców Kukiza właśnie. Bo oni tacy są, zmienni, a poglądy mają dokładnie wymieszane. Zaś przejęcie części z nich może pozbawić koalicję PiS-Kukiz większości. Zwłaszcza jeśli jednocześnie inną część tej grupy skłoni się do pozostania w domu.

Słynny już w internecie, poświęcony Kukizowi tekst blogera Matki Kurki pasuje do tego kontekstu Bloger ów przejrzał otoczenie Kukiza, dostrzegł tam szereg dawnych działaczy różnych partii, w tym aktualnych samorządowców, i uznał to za kompromitujące. Ja tak tego aż tak nie postrzegam; jest jasne, że gdy nagle i znikąd powstaje kompletnie nowa a rokująca nadzieje na odegranie wielkiej roli polityczna inicjatywa, to wokół jej twórcy musi zaroić się od bardzo rozmaitych postaci. Pytanie, co z nimi będzie dalej. Ale oczywiście prawo Matki Kurki osądzać to inaczej. Warto jednak zauważyć, że jeśli podstawowy cel establishmentu określimy jako niedopuszczenie do tego, by koalicja PiS-Kukiz zdobyła większość, to tekst Matki – niezależnie od intencji blogera – współgra z tym celem.

Wszystko to oczywiście nie znaczy, że ów cel zostanie osiągnięty. Sytuacja jest tak zmienna, a fala pragnienia zmiany tak rozbuchana, że wszystko może pójść w zupełnie inną stronę. Ważne jednak, żeby zauważyć, iż to Paweł Kukiz staje się – zapewne tylko na chwilę, ale jednak – głównym technicznym celem mainstreamowego ostrzału. Celem politycznym jest ktoś inny, ale technicznym – rockman właśnie. Warto zdać sobie z tego sprawę.