Marek Falenta, biznesmen podejrzany o udział w nielegalnym nagrywaniu najważniejszych osób w państwie twierdzi, że to nie on zlecał stworzenie tzw. taśm prawdy. Przedsiębiorca podkreśla, że jest ofiarą w całej sprawie.
Falenta podkreśla, że afera taśmowa wywróciła jego życie do góry nogami i oznaczała dla niego „medialny wyrok”.
Niepokoi mnie jednak fakt, że ostatnio w ogóle nie mówi się nic o aferze taśmowej. Niby od tego czasu wybuchło kilka kolejnych, ale przecież sprawa nie została w ogóle rozwiązana. Postępowanie przedłużono przecież do czerwca 2015 r.
— zaznacza biznesmen w rozmowie z „Gazetą Polską”.
Rozmówca Piotra Nisztora zdradza, że spotkał się z wieloma wyrazami solidarności, a w ostatnim czasie otrzymał propozycje polityczne.
Zaproponowano mi, abym kandydował do samorządu lub do sejmu z wysokiego miejsca na liście. Oczywiście się nie zgodziłem
— mówi Falenta.
Biznesmen nie chce jednak zdradzić, które ugrupowanie złożyło mu taką ofertę. Okazuje się, że nie była to jedyna propozycja…
Otrzymałem też kilka propozycji zagrania w reklamach. Jedna jest na tyle interesująca, że zacząłem się nad tym nawet poważnie zastanawiać. Może to być ciekawe doświadczenie
— wyznaje rozmówca „Gazety Polskiej”.
Marek Falenta podkreśla, że afera taśmowa odbiła się negatywnie na jego działalności biznesowej.
Ze wstępnych szacunków wynika, że afera taśmowa kosztowała mnie kilkadziesiąt milionów złotych, jakieś 50 mln zł. Były to głównie straty na spadającym kursie akcji. (…) Do tego należy doliczyć utracone korzyści z tytułu inwestycji w spółkę Składy Węgla. Szacowaliśmy, że dzięki debiutowi na giełdzie posiadane przeze mnie akcje tej spółki będą warte ok. 400 mln zł. Do tego stabilne wpływy, czyli zysk netto, miał wynieść kilkadziesiąt milionów rocznie. Niestety rząd Donalda Tuska świadomie i z pełną premedytacją zniszczył ten biznes, w brutalny sposób wykorzystując do tego organy ścigania i służby specjalne. Dlatego obecnie mam jedynie 4 proc. udziałów w Składach Węgla
— mówi biznesmen.
Falenta zapowiada, że będzie domagał się od Skarbu Państwa odszkodowania.
Moi prawnicy przygotowują kilkadziesiąt pozwów przeciwko mediom, które napisały o mnie nieprawdę, skazując mnie publicznie bez wyroku, tuż po zatrzymaniu przez ABW. W sumie będą one opiewać na przynajmniej kilka milionów złotych
— zdradza przedsiębiorca.
Marek Falenta odnosząc się do dymisji Bartłomieja Sienkiewicza podkreśla, że cieszy go fakt, iż ludzi, którzy „doprowadzili do tak skandalicznej sytuacji” ponieśli konsekwencje polityczne.
Mam jednak nadzieję, że to dopiero początek. Afera taśmowa umocniła mnie w przekonaniu, że w Polsce powinien być zwyczaj funkcjonujący w Chinach. Tam każdy polityk przed podjęciem funkcji państwowej spędza dzień, a nawet kilka dni w więzieniu, aby zobaczyć jak to jest. Od funkcjonariuszy policji pilnujących celi aresztu, w której przebywałem po zatrzymaniu przez ABW, dowiedziałem się, że taki pomysł zaczął wcielać w życie Bartłomiej Sienkiewicz. Tydzień przed tym, jak tam trafiłem - w tej samej celi - podobno kazał się zamknąć, aby sprawdzić, jakie to uczucie, jak to jest siedzieć za kratkami
— powiedział biznesmen.
Falenta zaprzecza, jakoby miał być współpracownikiem służb specjalnych. Przyznaje jednak, że spotykał się z funkcjonariuszami.
Nie jestem ani nie byłem współpracownikiem żadnej ze służb specjalnych. Nigdy nie zgłaszałem się do ABW, CBA czy jakiejś innej służby, zabiegając o rozmowę. To im zależało na spotkaniach ze mną. Zadawali pytania dotyczące przede wszystkim biznesu telekomunikacyjnego i służby zdrowia. Uważałem, że to naturalne, bo służby są od tego, aby pilnować tego typu tematów. (…) Czy to znaczy, że jest się współpracownikiem? Absurd. W trakcie jednego z takich spotkań powiedziałem funkcjonariuszom, że słyszałem o nagrywaniu w niektórych warszawskich restauracjach polityków PO. Wówczas zaczęli to sprawdzać. Następnie dowiedziałem się, że na miesiące przed wybuchem afery taśmowej służby ustaliły nie tylko, gdzie dochodzi do rejestrowania rozmów, ale też, kto za tym stoi
— twierdzi przedsiębiorca.
Rozmówca „Gazety Polskiej” zdradza, że do jego spotkań z funkcjonariuszami
dochodziło w różnych miejscach i to oni płacili rachunki.
Nie były one duże. Może 20 zł, może 30 zł. Zamawialiśmy jakąś herbatę czy sok. Żadnych ośmiorniczek na koszt ABW nie było
— mówi rozbawiony Falenta.
Biznesmen podkreśla również, że informacje, jakie przekazał CBA i ABW traktował jako poufne.
Jako autora nagrań Marek Falenta wskazuje Łukasza N., kelnera z restauracji Sowa i Przyjaciele.
Po wybuchu afery zastanawiałem się nawet, dlaczego tak błyskotliwy człowiek, z całym szacunkiem dla kelnerów, zdecydował się na wieloletnią pracę w charakterze kelnera w restauracji. Dziś media wskazują, że był nie tylko menadżerem restauracji, ale tajnym współpracownikiem, prawdopodobnie CBŚ. Dzięki tej swojej uprzejmości i darowi zjednywania sobie ludzi podobno miał jedno zadanie - zbieranie haków
— podkreśla przedsiębiorca.
Według Falenty mechanizm afery taśmowej jest „bardzo prosty”.
Łukasz N. wraz z kolegami nagrywali gości restauracji na zlecenie którejś ze służb specjalnych. I to właśnie tam należałoby szukać odpowiedzi na pytanie: dlaczego nagrania ujrzały światło dzienne. Niestety, prokuratura ma już głównego winnego, czyli mnie, i nie ma ochoty weryfikować wiarygodności kelnerów, a Łukasz N., który ma ogromną władzę na ten temat i podobno mnie obciąża, znajduje się w nieznanym miejscu pod 24-godzinną kontrolą tych samych służb specjalnych, o których media donoszą, że stały za podsłuchami
— mówi biznesmen.
Idealnie pasuję do roli kozła ofiarnego, bo z jednej strony znałem kelnera Łukasza N., z drugiej mogłem być niezadowolony z działań organów państwa wobec mojej spółki, a co najważniejsze, jestem człowiekiem zamożnym, którego zniszczenie można medialnie sprzedać jako element sprawiedliwości społecznej
— puentuje Falenta.
gah/Gazeta Polska
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/228647-falenta-o-aferze-tasmowej-lukasz-n-wraz-z-kolegami-nagrywali-gosci-restauracji-na-zlecenie-sluzb-specjalnych