Kolejne wystąpienie Rafała Ziemkiewicza na temat sprawy profesora Kieżuna przypomina przypadek znanego z napadów furii wujaszka. Ot, zdrzemnął się przy stole, ale nagle się ocknął i zaczął wykrzykiwać, że tego po prostu nie da się dłużej znieść.
Inni biesiadnicy przy stole albo odwracają z zażenowaniem głowy nie chcąc się gapić na kłopotliwego członka rodziny, albo przeciwnie machają do niego przyjaźnie ręką, żeby go uspokoić. Ale monologi stają się coraz dłuższe i pełne jadu. Wujek krzyczy, ślina pryska na krewnych.
A teraz serio: odpowiadam na ten atak złego humoru zatytułowany „Problemat Kieżuna” (strona internetowa „Tygodnika Do Rzeczy”), bo uważałem kiedyś redaktora Ziemkiewicza za poważnego zawodnika i wiem, że spora grupa Polaków nadal go za takiego uważa. Rozumiem, że mogły mu zaszkodzić inne przeżycia: wszak w misji kandydowania na prezydenta RP z ramienia „prawicy egzotycznej” zastępuje go w końcu Marian Kowalski, nazwany „prawdziwym Kowalskim”. Mimo wszystko jednak ciężko się przebić przez galopadę myśli. Ale spróbujmy.
Piszę wyłącznie we własnym imieniu, ale myślę, że oddam także intencje kolegów, kiedy zauważę, że nie pamiętam żadnego tekstu, w którym czynilibyśmy z całego bez wyjątku życiorysu profesora jakiś uniwersalny wzór, a tym bardziej próbowali z niego zrobić „naszego Bartoszewskiego” – a redaktor Ziemkiewicz na tym buduje założenie swojego gniewnego wystąpienia. Myślę, że po tej stronie na takie sztucznie rozdęte autorytety nie ma po prostu miejsca.
Rzeczywiście oddawaliśmy mu hołd jako bohaterowi Powstania i ceniliśmy za te same rzeczy co pan Ziemkiewicz – na przykład za analizy polskiej transformacji. Choć dodajmy, że ja osobiście nawet i w tym nie zawsze się z nim zgadzałem. A co do reszty? Tak jak redaktor Ziemkiewicz sądziłem, że w latach 70. I 80. profesor musiał podjąć jakiś rodzaj gry z władzą PRL. Oddziela mnie wszakże, nie wiem czy od pana Rafała, ale na pewno od autorów demaskatorskiej publikacji okładkowej z „Tygodnika Do rzeczy”, jedna różnica.
Otóż ich zwolennicy nie raz i nie dwa zdążyli zasugerować, że problem lustracyjnych kłopotów Profesora znany był „w pewnych środowiskach” od lat. Mnie jednak znany nie był. Panom Cenckiewiczowi i Woyciechowskiemu podobno tak.
Jeśli był znany od lat, a profesor uczestniczył w życiu publicznym, choćby jako członek komitetu wyborczego Lecha, a potem Jarosława Kaczyńskiego, pojawia się pytanie, które powtarzam raz jeszcze: dlaczego dopiero teraz ta publikacja się pojawiła? Dlaczego staremu i niewątpliwie zasłużonemu człowiekowi zafundowano spektakl pod tytułem: „Dajemy panu dokumenty i niech Pan w ciągu kilku dni się ustosunkuje do sporego kawału swego życia”?
Czy nie dlatego, że Kieżun kłuł w oczy jako symbol powstańczego męstwa, jeden z ostatnich żyjących? A jesteśmy o ocenę Powstania w ostrym sporze – i z doktorem Cenckiewiczem i z panem Ziemkiewiczem. Czy nie przyjęto tu drapieżnej filozofii: „Wy nam podtykacie pod nos męstwo powstańców, my wam ustrzelimy symbol”? Naprawdę po to domagaliśmy się przez tyle lat lustracji?
Redaktor Ziemkiewicz porównuje obronę Kieżuna przez „wSieci” do pójścia w zaparte niektórych środowisk w sprawie arcybiskupa Wielgusa. W ocenie tamtej historii nasza redakcja jest zdaje się podzielona. Ja uważam tamtą kampanię w obronie hierarchy za gołosłowną i poronioną.
Jest wszakże jedna poważna różnica. Debata o biskupie Wielgusie toczyła się pod presją czasu, bo chodziło o pytanie: czy osoba w cieniu podejrzenia powinna obejmować jeden z najwyższych kościelnych urzędów w Polsce. Podkreślmy: osoba w cieniu podejrzenia, a nie na pewno winna.
Profesor Kieżun nie wybierał się na żadne stanowisko, nigdzie nie kandydował. Co zmuszało do pośpiechu? Do stawiania go pod ścianą. I do pisania pod presją czasu tekstu pełnego błędów i przeinaczeń?
Ja rozumiem, że biegły w erystyce redaktor Ziemkiewicz dostrzegł w tekście Piotra Gontarczyka liczącego sobie kilkanaście stron maszynopisu jedynie spór o to, czy Profesor korespondował z Kiszczakiem, czy z kimś innym. A to ledwie jeden z wielu problemów, i wcale nie najważniejszy. Tyle, że pan Ziemkiewicz w takim, opartym na żonglowaniu słowami stylu polemizuje dziś w każdej sprawie.
Problemem (a może nawet problematem) artykułu z „Do Rzeczy” było wkładanie Kieżunowi w usta słów, których nie wypowiedział, przedstawianie poszczególnych dokumentów nie tak jak naprawdę wyglądały, a przede wszystkim rozstrzyganie wszelkich wątpliwości na niekorzyść osoby opisywanej. Gontarczyk podkreślał, że nie przesądza o ogólnym wydźwięku tych dokumentów. Ale niewątpliwie to wszystko składało się na ludzką krzywdę. Stąd wyśmiewana przez redaktora Ziemkiewicza okładka.
Możliwe, że ktoś z redakcji „wSieci” uległ nadmiernej fascynacji całym życiem Profesora, niejako na kredyt. Choć skądinąd historia nie powiedziała tu moim zdaniem ostatniego słowa. Oczywiście pragmatyzm wobec świata PRL-u o którym skądinąd z aprobatą pisze sam pan Ziemkiewicz (trudno żeby pisał inaczej, to on wszak odmienia słowo „realizm” przez wszystkie przypadki) może kogoś odpychać. Ale to nie usprawiedliwia historycznego partactwa i histerycznej zajadłości.
Przy okazji wcześniejszych faz tej debaty byłem porównywany za swoje stanowisko w tej sprawie do Adama Michnika – robili to zgodnie redaktor Ziemkiewicz i „Wyborcza”. To nonsens. Michnik chciał aby te wszystkie dokumenty spalono albo zamurowano, bo sprawiają kłopot. Ja chcę żeby je przeglądano i dyskutowano. Ale niekoniecznie aby urządzano egzekucję na bezbronnym, i to z zupełnie współczesnych powodów. To przypomina metodę szantażystów: nie jesteś z nami w innych kwestiach, wracamy do twojej przeszłości.
I na koniec na temat kierowanego pod adresem mojej redakcji uroczego epitetu „luksemburczycy”. Nie będę się panu niedoszłemu prezydentowi RP rewanżował analogicznym zbiorczym epitetem, bo ma w swojej redakcji paru kolegów, których szanuję. Gdyby spróbował pan mniej toksycznie, a bardziej merytorycznie, zapewne sam pan by na tym zyskał. Z pozdrowieniami w Nowym Roku.
Publikacja dostępna na stronie: https://wpolityce.pl/polityka/228306-o-rety-wujek-rafal-sie-ocknal-kryc-sie-bo-strzyka-slina