Skomentowałem niedawno na Twitterze wygląd pani premier. Odniosłem się do fotografii, na której Ewa Kopacz widniała obok Agaty Młynarskiej. Napisałem, że Ewa Kopacz jest już tak naciągnięta za uszami, że z powodu skośnych oczu zaczyna przypominać Japonkę. Przyznaję – nie było to specjalnie eleganckie. Nie jest ładnie komentować publicznie wygląd kobiety, a już szczególnie te jego detale, które mogą świadczyć o tym, iż dba ona o swój wizerunek dzięki metodom chirurgicznym. Zaraz też znalazła się na Twitterze znajoma, która postanowiła mnie w tej kwestii pouczyć.

Otóż chciałbym oznajmić, że ze mną i z Ewą Kopacz jest jak z jedzeniem ryby: można ją jeść nożem i widelcem, jeśli się wie, że nie jest to właściwy sposób jej spożywania. Ja wiem, że wytykanie pani premier jej nienaturalnego wyrazu naciągniętej twarzy jest nieeleganckie, ale uznałem, że w przypadku szefowej polskiego rządu elegancja mnie nie obowiązuje. Czuję się z niej zwolniony przez samą Ewę Kopacz.

Dlaczego? Proszę przypomnieć sobie ważne kobiety w światowej polityce: Madeleine Albright, Hillary Clinton, Margaret Thatcher i inne. W ich przypadku – choć z pewnością nie były wzorem klasycznego piękna – nigdy na takie uwagi bym się nie poważył, ponieważ – niezależnie od poglądów, z którymi nie muszę się zgadzać – one coś znaczyły, były Kimś (a w przypadku pani Clinton wciąż mają szansę Kimś być). Nie było nawet szczególnie istotne, że były kobietami. Ważne było, co robiły. Trudno było nie traktować ich poważnie. I nawet jeśli zdarzały im się jakieś ukłony w stronę popkultury w postaci zdjęć w kolorowych magazynach, było to tylko mało istotne uzupełnienie ich politycznej działalności.

Ewa Kopacz to całkiem inna historia. Po pierwsze – wyjątkowo przykra jest świadomość, że państwem rządzi osoba dramatycznie niewydolna intelektualnie. Taka była moja diagnoza od samego początku, ale kilka miesięcy rządów Kopacz upewniło mnie, że mam rację. Intelektualne zdolności pani premier kończą się na poziomie czysto taktycznych działań i zarządzania partią. To mniej więcej podobny poziom co zarządzanie szpitalem, a nawet z tym – jak niesie szydłowiecka wieść gminna – Kopacz średnio sobie radziła. W jej własnej organizacji można znaleźć przynajmniej kilka osób o szerszym myślowym horyzoncie. Tusk wystawił na premiera właśnie Kopacz oczywiście całkowicie świadomie, biorąc pod uwagę jej zdolności umysłowe, a właściwie ich brak. Na czele partii postawił osobę, która pod jego nieobecność nie będzie w stanie nadać jej nowego rozpędu, a jedynie ewentualnie dowieźć do wyborów. Tuskowi nie zależało, żeby za jego plecami ktoś przejął skutecznie jego „projekt”.

To jednak również wyraz pogardy dla wyborców: daję wam na premiera prowincjonalną lekarkę z kompleksami i co mi zrobicie? (Podkreślam, że przez pisząc „prowincjonalna” nie deprecjonuję polskiej prowincji; podkreślam jedynie stan umysłu pani premier.)

Ani w czasach, gdy Ewa Kopacz była marszałkiem Sejmu, ani po jej nominacji na premiera nie sposób – poza absurdalnie skleconym z kawałków exposé – znaleźć jakiejkolwiek jej wypowiedzi, w której pobrzmiewałaby choćby najprostsza polityczna wizja i która świadczyłaby, że Kopacz ogarnia cokolwiek poza perspektywą najbardziej bieżącą. O Tusku można było mówić całe mnóstwo złych rzeczy – całkiem zasadnie – ale nie można mu było zarzucić niezdolności do strategicznego patrzenia. Inna sprawa, w jaki sposób te zdolności wykorzystywał – głównie do długoterminowego pilotowania własnego projektu politycznego, w mojej ocenie nawet wówczas, gdy projekt ten był w jawnym konflikcie z interesem narodowym. Muszę się jednak przyznać, że wolę inteligentnego cynika niż cynicznego głupka. Zwłaszcza takiego z pretensjami, który zaczyna wierzyć w swoje rzekome możliwości.

Płytkość intelektualną Kopacz widać nie tylko w jej publicznych wystąpieniach, podczas których nie jest w stanie zdobyć się nawet na swobodę wypowiedzi.

Stres, w jaki wprawiają ją występy przed publicznością albo dziennikarzami, jest typowy dla osób, zdających sobie sprawę z własnych umysłowych ograniczeń. Po drugie – co ma już bezpośredni związek ze zwolnieniem z zasad kurtuazji w stosunku do Ewy Kopacz – pani premier sama z siebie zrobiła przedmiot uwag głównie niepoważnych. Przez cały czas od momentu powołania rządu aż do dziś nie pojawiła się na ani jednej konferencji prasowej. Nie udzieliła też żadnego dłuższego, poważnego wywiadu, choćby i przychylnemu wobec siebie medium, w którym odpowiedziałaby na pytania dotyczące jej wizji władzy i kierunku, w jakim ma zmierzać kraj. Udzieliła za to skrajnie prymitywnego w środkach manipulacji wywiadu kolorowemu pisemku o celebrytach. Jego fragmenty wywołują na przemian śmiech, zażenowanie i niesmak. Z mojego punktu widzenia Ewa Kopacz postawiła się tym samym w gronie celebrytów politycznych. A dla celebrytów nie ma litości. Komentuje się ich botoksy, naciągnięcia, sukienki czy stylizacje. Pod tym względem czuję się zwolniony z jakiejkolwiek wstrzemięźliwości.

Kopacz wymyśliła sobie taki sposób na trwanie i prowadzenie partii do najbliższych wyborów. Jej sprawa, ale musi się liczyć z konsekwencjami. Od czasu do czasu może jeszcze huknąć, że „ludzie mają dość seansów nienawiści w wykonaniu PiS”. (Prosiłbym jednak panią premier, żeby w takich wypadkach nie wypowiadała się w moim imieniu.) Nie widzę żadnego powodu, żeby stosować wobec niej nie tylko taryfę ulgową, ale też żeby otaczać ją szacunkiem, jaki należy się każdej kobiecie w prywatnych relacjach. Kopacz na ten szacunek zasługuje w takim samym albo nawet mniejszym stopniu co wiejski głupek aspirujący do roli prezydenta RP.