W swojej znakomitej powieści „Człowiek, który był czwartkiem” z 1908 r., Gilbert Keith Chesterton opisał sytuację, w której przypadkowy człowiek zostaje wciągnięty w spisek anarchistów. Niespodziewanie awansuje do ich głównej rady, po czym powoli odkrywa, że cała ona składa się tylko i wyłącznie z policyjnych agentów prowokatorów.

Chesterton nie wziął pomysłu z powietrza. Ochrana – rosyjska tajna policja polityczna, powołana w 1881 r. na mocy ukazu cara Aleksandra III – wyspecjalizowała się w grze agentami. Metoda była prosta: kiedy tylko pojawiały się na horyzoncie jakieś rozsądne idee, które mogłyby zagrozić porządkowi w państwie albo po prostu interesom jakiegoś kręgu władzy, natychmiast uruchamiani byli agenci, udający opozycję. Agenci ci odgrywali największych radykałów, odsądzając od czci i wiary każdego, kto się z ich radykalizmem nie zgadzał. Skutek osiągali: w oczach opinii publicznej rozsądne idee były dyskredytowane po tym, jak agenci doprowadzali je do radykalnego absurdu, a zarazem w kręgach opozycji stronnicy umiarkowania i kalkulacji byli dyskredytowani jako nie dość radykalni.

Gdybyśmy żyli w czasach cesarstwa rosyjskiego, bez wahania postawiłbym spore pieniądze na to, że inicjatorzy okupacji siedziby PKW (zakończonej w nocy z czwartku na piątek interwencją policji) to właśnie typowi agenci ochrany, realizujący w gruncie rzeczy scenariusz zamówiony przez swoich mocodawców z carskiego rządu. I to realizujący go w ścisłej z tym rządem koordynacji,  bo przecież nie przez przypadek wtargnięcie demonstrantów do siedziby komisji zostało ułatwione przez bierność policji i brak ochrony.

Ponieważ jednak czasy są trochę inne, więc przyjmuję jako możliwe także inne wytłumaczenia. Na przykład takie, że są to osoby pełne szlachetnych chęci, ale zbyt emocjonalne i zbyt niemądre, żeby przewidzieć konsekwencje własnych działań i zobaczyć je w szerszym kontekście. I muszę przyznać, że nie mam ani sympatii, ani szacunku dla głupoty. Takie postaci towarzysz Lenin nazywał pożytecznymi idiotami.

Okupacja budynku PKW zyskała sobie natychmiast wielu fanów, którzy w takich sytuacjach reagują skrajnie emocjonalnie i pokrzykują, że „coś trzeba robić, a oni przynajmniej coś robią”, że „inne metody już nic nie dadzą”, że „oto prawdziwi patrioci”. Jeśli miarą patriotyzmu jest poziom bezmyślności, to faktycznie – inicjatorzy okupacji siedziby PKW są największymi możliwymi patriotami. Zastanówmy się przez moment na zimno, co w praktyce dała ich akcja. Wyjść trzeba jednak od pytania, co realnie rzecz biorąc oznacza obecny kryzys wyborczy. Tyle że pytanie to dotyczy nie – jak chcieliby zwykle sympatycy prawej strony – ludzi zaangażowanych w politykę, świadomych, zorientowanych i najlepiej głosujących na PiS, ale przede wszystkim wyborców niezaangażowanych, mało zorientowanych, od PiS dalekich i dość łatwo łykających medialne pigułki. Fani radykalnych działań zwykle nie umieją i nie chcą patrzeć na wydarzenia ich oczami, zapominają jednak, że o ile nie zamierzamy robić w kraju zbrojnej rewolucji (a mam nadzieję, że nikt takiego zamiaru nie ma), to właśnie ci mało zorientowani muszą zostać przekonani lub przynajmniej uświadomieni co do stanu rzeczy. Nie po to, żeby zagłosowali na partię Kaczyńskiego, ale po to, by nie zagłosowali na obecną partię władzy.

Otóż dotychczasowy przekaz był zróżnicowany. Także media prorządowe musiały – ze względu na wagę sprawy i medialny wyścig – przekazywać informacje o wyborczym chaosie. Wielu spośród ich odbiorców dostrzegać musiało jego objawy we własnym otoczeniu. Leśne dziadki z PKW musiały w niemal każdym wzbudzać śmiech. Na ekranach widzieli dwóch ważnych polityków – Jarosława Kaczyńskiego i Leszka Millera – żądających powtórzenia głosowania. Ważne, że w tej sytuacji Miller w ich oczach niejako legitymizował Kaczyńskiego. Bo sam Kaczyński – wiadomo, ale skoro w tej sprawie jest razem z Millerem, to chyba nie jest to – mogli myśleć – klasyczne pisowskie oszołomstwo. Może faktycznie coś jest na rzeczy.

Po przeciwnej stronie był prezydent, wspierany coraz mocniej przez prorządowe media, mówiący o tym, że domaganie się powtórki wyborów to staczanie się w „odmęty szaleństwa”.

Były więc dwie racje, w tej akurat sytuacji – moim zdaniem – postrzegane przez słabo zorientowanych typowych odbiorców mediów jako mniej więcej porównywalne. Prawda jest taka, że choć formalnie rzecz biorąc pomysł Kaczyńskiego na skrócenie kadencji samorządów byłby zapewne możliwy do zrealizowania (inna sprawa, co powiedziałby Trybunał Konstytucyjny), to w praktyce nie było szans na uchwalenie takiej ustawy i sami politycy PiS doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Nie szło więc w tym wszystkim o to, żeby naprawdę powtórzyć wybory, ale o to, żeby dotrzeć do przeciętnego odbiorcy z czytelnym komunikatem: z systemem jest coś bardzo nie tak, żądanie jego zmiany jeszcze przed kolejnymi wyborami jest uzasadnione, rządzącym trzeba patrzeć na ręce.

Dla rozemocjonowanych radykałów brzmi to oczywiście jak jakiś żałosny program minimum, ale realistycznie rzecz biorąc to jedyne, co z całej sytuacji mogło w planie strategicznym wyniknąć – poza kwestiami takimi jak konieczne oczywiście wnioski o unieważnienie wyborów, składane do poszczególnych sądów okręgowych. I nie jest to wcale plan minimum. Byłoby to bowiem przełamanie narracji władzy, być może tak skuteczne jak nigdy dotąd, bo też sytuacja jest bezprecedensowa. Rezultatów można by oczekiwać przy urnach wyborczych za kilka miesięcy.

Radykałowie tę szansę w dużej mierze zniweczyli. Wdarli się do siedziby PKW zaraz po tym, jak Bronisław Komorowski wygłosił frazę o „odmętach szaleństwa” i stali się dla niej idealną ilustracją. Sprawili, że prorządowe media nie będą musiały się już teraz wysilać i gimnastykować, robiąc nagle oszołoma z Leszka Millera.

Wystarczy, że pokażą Grzegorza Brauna, przypominając niektóre jego barwne wystąpienia publiczne; że zacytują część słów Ewy Stankiewicz albo wypowiedzi co bardziej ekstrawaganckich uczestników wydarzeń, a bez wysiłku przekonają swoich przeciętnych odbiorców, że rzetelność wyborów kwestionują jedynie tacy ludzie – wariaci, w dodatku groźni dla otoczenia. I to będzie jedyne osiągnięcie szlachetnych, acz głupich uczestników okupacji.

Politycy PiS, w przeciwieństwie do wielu sympatyków tej partii, błyskawicznie dostrzegli, że za moment ich racjonalne politycznie działania zostaną doklejone do wizerunków Brauna i Stankiewicz i zareagowali z dużym refleksem, oficjalnie odcinając się od nich zaledwie kilkadziesiąt minut po rozpoczęciu okupacji. Nie ma jednak wątpliwości, że to nie zapobiegnie problemom. Pretekst do mówienia o pogrążeniu się całej opozycji w „odmętach szaleństwa” już jest.

Podczas twitterowych dyskusji niektórzy próbowali mi udowadniać, że trzeba zrozumieć determinację protestujących, ich frustrację i poczucie bezsilności. Ja mam podejście znacznie bardziej cyniczne: polityka jest także grą o umysły, i to w znacznej części o umysły ludzi na co dzień bardzo słabo zorientowanych w sytuacji. Sympatycy prawicy mają tymczasem nawyk, aby na całą społeczną rzeczywistość patrzeć wyłącznie z własnej perspektywy. Ich zdolność socjologicznej empatii jest nierzadko niemal zerowa.

Ludzie tacy jak Braun i Stankiewicz robią z tego punktu widzenia robotę wręcz fatalną. Są po prostu szkodliwi i dlatego powinni pro publico bono jak najszybciej znaleźć się na marginesie.