W aferze taśmowej chodziło o wyrzucenie z rządu Tuska, Sikorskiego i Sienkiewicza, zmianę biznesowego układu, przekształcenie tajnych służb i wzmocnienie prezydenta.

Ujawnienie nagrań polityków podsłuchanych w restauracjach Sowa & Przyjaciele oraz Amber Room okazało się operacją wymiany ekipy rządzącej. Operacją precyzyjnie zaplanowaną i całkiem sprawnie przeprowadzoną. W Klubie Ronina nazwałem tę operację „miękkim zamachem stanu”, bo tym w istocie była. Już możemy dość precyzyjnie zrekonstruować ten „zamach stanu”. Przekazanie taśm mediom było pomyślane jako uderzenie w ministrów Sikorskiego oraz Sienkiewicza, „dobicie” odwołanego ze stanowiska ministra finansów Jacka Rostowskiego, stronnika Sikorskiego, a celem głównym było zmuszenie premiera Donalda Tuska do „ucieczki” do Brukseli.

Operację przeprowadziły tajne służby, a właściwie ich część, mające wsparcie ośrodka prezydenckiego oraz grup interesów związanych z energetyką, przemysłem chemicznym, sektorem zbrojeniowym oraz częścią sektora finansowego. Akurat te grupy interesów potrzebowały zmiany premiera i szefa MSW, bo dotychczas nie uwzględniali oni w podziale tortu tych, którzy wygłodniali czekają na frukty z rządowego stołu. A także dlatego, żeby ABW czy CBA nie przeszkodziły im w zarabianiu na inwestycjach w tych sektorach oraz w przetargach zbrojeniowych, które będą przez najbliższe lata prawdziwą żyłą złota. Znacznie łatwiej jest urobić albo ograć nowego premiera, w dodatku niemającego doświadczenia, wiedzy o państwie i sprytu, jakie miał Donald Tusk. To oczywiście nie znaczy, że Tusk był odporny na działania grup interesów, tyle że były to inne grupy niż te, które współdziałały w doprowadzeniu do jego odejścia.

Uderzenie w Sienkiewicza było pierwszym elementem planu, gdyż tworzył on silny ośrodek oparty na tajnych służbach i MSW, który bardzo mocno zagrażał ośrodkowi prezydenckiemu (i stającymi za nim służbami wojskowymi). Mógł też pokrzyżować plany wspomnianym już grupom interesów. To nie znaczy, że Sienkiewicz był dobrym ministrem. To znaczy tylko tyle, że był niewygodny dla tych, którzy przeprowadzili „zamach stanu” i chciał być zbyt samodzielny, na co Donald Tusk mu pozwalał. Niemająca żadnego doświadczenia, pozycji, wiedzy i wpływów nowa minister Teresa Piotrowska jest wręcz idealnym następcą Sienkiewicza, bo nawet się nie zorientuje, o co toczy się gra, a o to chodziło autorom „miękkiego zamachu stanu”. Ale najbardziej na odsunięciu Sienkiewicza zyskuje ośrodek prezydencji, bo praktycznie odbudował w ten sposób wpływ na tajne służby, a nawet znacznie się wzmocnił pod tym względem.

Uderzenie w Sikorskiego było potrzebne głównie dlatego, że część wielkich interesów ma kontekst międzynarodowy, szczególnie te zbrojeniowe, gdzie udział MSZ jest znaczący, a Sikorski był niesterowalny i nieprzewidywalny. Poza tym był w bardzo ograniczonym stopniu przewidywalny dla ośrodka prezydenckiego. To nie znaczy, że Sikorski był dobrym ministrem spraw zagranicznych. On po prostu stanowił czynnik ryzyka, który należało wyeliminować. Grzegorz Schetyna jest pod tym względem znacznie wygodniejszy, bo przez ostatnie lata ściśle współpracował z ośrodkiem prezydenckim przeciwko Donaldowi Tuskowi i raczej będzie wobec tego ośrodka lojalny. Ma on też względne zaufanie tej części służb, która przeprowadziła całą operację. A przynajmniej mają one sposoby, żeby w razie potrzeby Schetynę zdyscyplinować. Sikorski mógł liczyć na osłonę i pomoc znaczących zachodnich mediów, więc - poza cechami charakterologicznymi - byłoby trudno nim sterować.

Kiedy uderzono w Sienkiewicza i Sikorskiego, jednocześnie wysłano mocny sygnał do Donalda Tuska, żeby zaczął się bardziej starać o posadę w Brukseli. Bo jeśli przegapi otwarte wtedy okno i nie skorzysta, może stracić wszystko. A to z tego powodu, ze wyraźnie dano Tuskowi do zrozumienia, iż mogą się pojawić nagrania uderzające w niego samego. Donald Tusk nie chciał sprawdzać, czy był to blef czy rzeczywiste zagrożenie, więc rzeczywiście bardzo mocno się zaangażował w uzyskanie poparcia wystarczającego do objęcia posady przewodniczącego Rady Europejskiej. W ten sposób operacja z taśmami w krótkim czasie doprowadziła do zamierzonych skutków i przygotowała nie tylko wymianę premiera i kilku ministrów, ale także wymianę grup interesów wspierających władzę. Ta zmiana oznacza także przetasowania w tajnych służbach, czego nie widać, a co już się dzieje. Wyeliminowanie Tuska, Sienkiewicza i Sikorskiego oznacza też wielkie wzmocnienie ośrodka prezydenckiego, który już ma wpływ na Ewę Kopacz i jej rząd, a będzie miał jeszcze większy.

Trzeba przyznać, że „miękki zamach stanu” przeprowadzono sprawnie i sprytnie, wykorzystując mainstreamowe media w roli użytecznych idiotów oraz stwarzając pozory ewolucyjnej zmiany, podczas gdy ona wcale taka nie była. A przeciętni ludzie nawet tego „zamachu” nie zauważyli. Tymczasem dokonała się zmiana o dalekosiężnych konsekwencjach, szczególnie jeśli chodzi o gospodarkę, obronność, politykę zagraniczną oraz kwestie bezpieczeństwa. I jest to jednoznacznie zmiana na gorsze, choć układ Tuska miał masę wad i prowadził w wielu dziedzinach fatalną, a nawet katastrofalną politykę. Tusk był jednak skłócony z prezydentem i klinczował ten ośrodek władzy, zaś Sienkiewicz i Sikorski jako tako panowali nad kierunkami polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.

Teraz będzie znacznie łatwiej wepchnąć kluczowe sektory państwa na takie tory, że pod znakiem zapytania może stanąć i tak już względne bezpieczeństwo Polski oraz najważniejsze interesy w gospodarce i polityce zagranicznej. A to pozwala postawić pytanie, kto tak właściwie był reżyserem „miękkiego zamachu stanu”, który przeprowadzono m.in. przy użyciu taśm.