Do wyborów pozostało 31 dni. Można się tego dowiedzieć – nawet z doliczeniem godzin i sekund – ze strony www.wybierzpis.org.pl – oficjalnej strony komitetu wyborczego największej partii opozycyjnej. I właściwie to wszystkie informacje, jakie z tej strony można zaczerpnąć, ponieważ poza licznikiem odmierzającym czas do elekcji samorządowej pokazuje ona jedynie komunikat „Strona w budowie”.

Tak, to nie żart, choć przyznaję – póki na wspomnianą stronę nie wszedłem, sądziłem, że ten, kto podsunął mi tę informację na Twitterze, zakpił ze mnie. A jednak powinienem był uwierzyć obserwując kampanię – a właściwie nie-kampanię PiS w stolicy. Wiadomo, że jest to najważniejszy wyścig wyborczy w kraju w nadchodzących wyborach. Wiadomo, że realistycznie rzecz biorąc celem maksimum jest wejście do drugiej tury, bo nikt przy zdrowych zmysłach, z samym Jackiem Sasinem, kandydatem PiS na prezydenta włącznie, nie sądzi, że Prawo i Sprawiedliwość może to starcie w stolicy wygrać. Jeśli jednak przegra je już w pierwszej turze, to nie będzie porażka, ale klęska.

Tymczasem na miesiąc przed wyborami, gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz straszy z coraz liczniejszych billboardów i gania z jednej konferencji na drugą oraz z jednego przecinania wstęgi na inne odsłonięcie – Sasina praktycznie nie ma.

Rozpoznawalność samego nazwiska kandydata PiS jest mizerna i żeby tę podstawową trudność przezwyciężyć należało rozpocząć intensywną kampanię oswajania wyborców z Sasinem już całe miesiące temu. Odpowiedzią na medialne przewagi HGW i te wynikające ze sprawowanego urzędu powinna być niezwykle intensywna, bardzo efektywna i w najwyższym stopniu profesjonalna kampania kandydata opozycji.

Tymczasem do wyborów pozostały cztery tygodnie i niemal nic się nie dzieje. A co się dzieje, jest wyłącznie osobistą zasługą samego Sasina i niewielkiej grupki jego asystentów, a nie aparatu partii.

Mówiąc dość łagodnie, sprawia to wrażenie kpin z wyborców. Albo oznacza świadome odpuszczenie sobie najważniejszego i najbardziej prestiżowego wyścigu wyborczego w Polsce. Oniemiałem, gdy na niedawno przeprowadzany wywiad Jacek Sasin przyjechał sam prowadząc własny samochód, z jednym asystentem.

Dlaczego oniemiałem? Gdyby PiS traktował poważnie swojego kandydata i jego wyborców, na rzecz Jacka Sasina powinien pracować sztab ludzi, od nieodstępujących go makijażystów, poprzez stylistów i asystentów, planujących jego kalendarz co do minuty, po – co najważniejsze – specjalnie obsługujący kandydata zespół reasercherów i analityków, na bieżąco analizujących działania konkurencji, opracowujących szybkie odpowiedzi, dostarczających danych i argumentów, przekopujących archiwa w poszukiwaniu dawnych nie spełnionych obietnic HGW i produkujących briefy dla mediów. Niczego takiego oczywiście nie ma.

Mój podziw dla Jacka Sasina jest podwójny, bo nie tylko podjął się misji niemożliwej, ale w dodatku potrafił przedstawić kilka ciekawych i oryginalnych pomysłów, bazując na wyłącznie własnych zasobach. Świetnym marketingowo strzałem jest projekt bezpłatnej komunikacji, uzależniony od liczby nowych płatników podatków. Tyle że nad tym projektem powinien od kilku miesięcy pracować sztab ludzi, podobnie zresztą jak nad każdym punktem programu kandydata.

Czy PiS nie ma pieniędzy? Nie, ma ich dość. Czy z jakichś tajemniczych powodów nie jest w stanie zatrudnić na rok odpowiednio dużej grupy młodych, zdolnych ludzi, którzy stanowiliby zaplecze kandydata? Oczywiście nie. Dlaczego w takim razie kampania najważniejszego kandydata największej partii opozycyjnej w najważniejszym mieście w Polsce jest tak beznadziejna, nieprofesjonalna, po prostu żałosna? Żadna z możliwych odpowiedzi nie brzmi dobrze. Bo Jarosław Kaczyński nie chce wyhodować sobie konkurenta? Bo konkurenta nie chcą ludzie z jego otoczenia i będą robić wszystko, by Sasinowi było trudniej? Bo PiS odpuszcza sobie Warszawę i swoich wyborców w tym mieście?

Ale może nie tylko tam? Przecież na wspomnianej stronie internetowej już od dawna powinien wisieć spis wszystkich kandydatów partii: do sejmików, do rad gmin, na stanowiska burmistrzów, wójtów i prezydentów wraz z programami. Tu już nie ma innego wytłumaczenia niż jakiś dramatyczny niedowład, jakiś porażający brak profesjonalizmu.

No cóż, gdy kandydat opozycji w tym czy innym mieście przepadnie z kretesem, znacznie łatwiej jest zacząć pokrzykiwać o sfałszowaniu wyborów i złych mediach. Znacznie trudniej zrobić profesjonalną kampanię wyborczą, w której zasadniczej roli nie będą grały ambicje działaczy z kierownictwa i ambicyjki ludzi z lokalnych struktur.