Premier Donald Tusk zniknął. To znaczy nie całkiem zniknął, ale się zaszył.

Najpierw poszedł na zabieg chirurgiczny lewej ręki i przez tydzień (poza oficjalnymi uroczystościami 70. rocznicy Powstania Warszawskiego) go nie było. Potem wrócił i miał jedno z najdziwniejszych wystąpień publicznych w ostatnich latach - przy okazji promocji darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów. Kompletnie nie było wiadomo, o co mu chodzi - ani w części oficjalnej, ani w odpowiedziach na pytania. A potem premier znowu się zaszył, choć oficjalnie urzęduje.

Znikanie Donalda Tuska nie jest zaskoczeniem dla tych, którzy go dobrze znają. Przez lata tak reagował na kłopoty. Po prostu znikał albo się izolował, zapadając się w sobie. Wtajemniczeni mówili o „deprechach” i „odjazdach” obecnego premiera. Miewały one dwie formy: kompletnej apatii i braku aktywności albo napadów agresji, po których następowała długa faza „alienacji”. Podczas ataków agresji petenci bali się wchodzić do gabinetu Donalda Tuska, aby uniknąć sytuacji typu „ręka, noga, mózg na ścianie”. Jako premier Tusk też znikał, ale starał się z tym walczyć. To znaczy najbliżsi współpracownicy namówili go do różnych nowych form „terapii”, bo te, o które podejrzewali premiera, uznali za niebezpieczne dla niego. Jedną z nich był opisany przeze mnie w maju 2014 r. w tygodniku „wSieci” trening NLP - neurolingwistycznego programowania.

Prawdopodobnie po raz pierwszy Donald Tusk poddał się treningowi NLP wiosną 2007 r. I od tego czasu zmienił sposób mówienia i styl wystąpień publicznych. Bardzo często używał takich zwrotów jak „wyobraź sobie, że”, „wyobraźcie sobie, co by było, gdyby”, „dobrze wiecie, że”, „to prawda, że…, ale przecież”, „nie wszystko się udaje, lecz” czy „spróbuj pomyśleć, jak by to było, gdyby…”. To była robota speców od programowania neurolingwistycznego, czyli kontrowersyjnej metody wpływania na zachowanie, stosowanej głównie w terapii i szkoleniach, choć często krytykowanej jako szarlataneria i hochsztaplerstwo. Największą wadą NLP ma być kreowanie „potworów”, czyli ludzi zimnych, wyrachowanych i tylko imitujących emocje zamiast ich realnego przeżywania.

Gdyby komuś chciało się przeanalizować publiczne wystąpienia Donalda Tuska, łatwo rozpozna efekty treningu wedle reguł NLP. Po pierwsze, w wystąpieniach Donalda Tuska zauważa się „modelowanie”, czyli wyobrażanie sobie przez niego jakiegoś wzoru, osoby czy postaci, a następnie jej naśladowanie. Można też zauważyć „systemy reprezentacji”, czyli różne obrazy tego, do czego Donald Tusk się odnosi i związane z tymi obrazami jego odczucia oraz skojarzenia. Najczęściej Tusk stosuje tę metodę mówiąc o Jarosławie Kaczyńskim i PiS. Nie sposób też nie zauważyć „przeramowania”, czyli zasadniczej zmiany treści i sensu wypowiedzi premiera. Najłatwiej jest to zauważyć w wypowiedziach Donalda Tuska odnoszących się do polityki Rosji i prezydenta Władimira Putina. Po agresji Rosji na Ukrainę właściwie wszystkie wcześniejsze poglądy Tuska zostały „przeramowane”.

Często Donald Tusk stosuje „kotwiczenie”, czyli wyuczone, odruchowe zachowanie pod wpływem konkretnego bodźca, np. słowa-klucza czy widoku kogoś (czegoś). To widać szczególnie wyraźnie podczas jego wystąpień i polemik sejmowych. Wystarczy, że spojrzy na Jarosława Kaczyńskiego, Krystynę Pawłowicz, Adama Hofmana, Mariusza Kamińskiego czy Krzysztofa Szczerskiego i już pojawia się właściwa narracja. Największa zmiana w zachowaniu obecnego premiera dotyczy tego, co fachowcy od NLP nazywają „swish pattern”. Polega on na wyćwiczeniu pewności siebie, najczęściej w ten sposób, że to, co niemiłe, jest automatycznie (wskutek wielokrotnie powtarzanych ćwiczeń) „przykrywane” przez pozytywny odpowiednik. W wyobraźni to, co wkurzające i depresyjne zostaje przykryte przez rzeczy miłe albo kompletnie abstrakcyjne. Umocnieniu pewności siebie służy też technika zwana „linią czasu”. Polega ona na rzutowaniu w przyszłość różnych stanów emocjonalnych z przeszłości, ich racjonalizacji albo takim ustawieniu, by wszystko kończyło się happy endem. W takiej roli optymalna dla Donalda Tuska była np. „linia czasu” kończąca się jego wygranymi w debatach z kontrkandydatami, szczególnie z Jarosławem Kaczyńskim w 2007 r. albo w wyborach w ogóle.

Donald Tusk wciąż korzysta z programowania neurolingwistycznego, szczególnie wtedy, gdy ma „doła”, a miewa go całkiem często. Potem skutki tego widać nie tylko po sposobie prowadzenia narracji podczas przemówień, wywiadów i konferencji prasowych, ale także w przedstawieniach, które premier urządza co jakiś czas: dla najbliższych współpracowników, dla zarządu partii, dla klubu sejmowego, a wreszcie - dla polskiej opinii publicznej. Najbardziej spektakularne są przedstawienia, gdy Donald Tusk się „wścieka”. Częścią tego wściekania się jest to, co w marcu 2010 r. w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Zyta Gilowska, była wicepremier i minister finansów, nazwała „skłonnością do okrucieństwa”. Wyćwiczenie tej cechy jako metody reagowania na kryzysy pozwoliło Donaldowi Tuskowi łatwo pozbyć się z partii przeciwników oraz osób zbyt samodzielnych. Pozostałych Tusk nieustannie paraliżuje strachem. Przeważnie kończy się to „pęknięciem” osobnika poddawanego wyćwiczonym seansom okrucieństwa.

Obecne zniknięcie premiera, jak i wcześniejsze jego „odjazdy” pokazują, że Polską rządzi osoba potrzebująca stałej pomocy, najczęściej w postaci treningu NLP, ale nie tylko tego. I nigdy nie wiadomo, czy Donald Tusk realnie rozwiązuje problemy, czy tylko realizuje zadane mu przez trenerów ćwiczenia. Trzeba przy tym pamiętać, że zachowania zgodne z metodami NLP są jak najbardziej czytelne dla obcych tajnych służb i doradców polityków obcych państw. I mogą oni stosować różne wymyślne metody podpuszczania premiera Donalda Tuska, żeby reagował tak, jak sobie założyli w różnych wariantach postępowania wobec Polski i jej premiera.