Mimo że negatywne oceny rządu PO zdecydowanie przeważają, obecna władza trwa, a jej odsunięcie nie wydaje się ani proste, ani szybkie.

PiS ogłosiło właśnie jednoczenie prawicy, aby wyborcy mieli poczucie, że tym razem nie chodzi o dobry wynik i trwanie w opozycji, lecz o realną zmianę władzy. I uwzględnienie znacznie szerszych interesów i oczekiwań niż gwarantuje największa partia opozycyjna. Ale nawet jeśli to przedsięwzięcie się uda, oderwanie PO (i PSL) od wielu koryt władzy, nie będzie łatwe. Czyżby Polacy utracili zdrowy rozsądek, a wręcz instynkt samozachowawczy?

Platforma stworzyła wielką grupę pasożytującą na państwie za jej władzy i ta grupa jest właściwie do swego politycznego patrona przykuta łańcuchami. Po prawie siedmiu latach rządów ten układ jest tak powiązany, zblatowany i współzależny, że ci ludzie nie mają innego wyjścia jak stać przy PO, choćby sytuacja była taka jak w bunkrze Hitlera pod koniec kwietnia 1945 r. Ten układ istnieje na poziomie centralnym, ale przede wszystkim w samorządach. Tam praktycznie rządzą nieusuwalne sitwy, które swoją trwałość zawdzięczają z jednej strony kooptowaniu kolejnych beneficjantów, a z drugiej - uzależnianiu od siebie jak największej liczby obywateli. Jedynym sposobem na te sitwy jest bunt tych, którzy uważają, że sami dostają za mało (większość) albo tych, którzy mają jakieś wyrzuty sumienia, bo uczestniczą w patologii, która ich brudzi i upodla (mniejszość). Ale taki bunt nie jest łatwy, bo dużo się ryzykuje, a perspektywa zmiany jest bardzo mglista. Dlaczego niemal wszyscy na sitwy narzekają, a jednocześnie coraz głębiej w nie brną.

Z nagrań upublicznionych w ostatnich tygodniach wyłania się czarny obraz sitwy na poziomie ministerstw i centralnych urzędów. Jest ona groźna i totalnie zdemoralizowana, ale nie jest zupełnie nietykalna, bo jednak jakieś wolne media funkcjonują i te patologie opisują. I choć ta sitwa nie zna granic kompromitacji, gdy ujawniane są różne jej grzechy i przekręty, opinia publiczna przynajmniej się o tym dowiaduje. Skutków prawnych to ujawnianie okropnego stanu faktycznego zwykle nie ma, ale wielu wyborców traci złudzenia. Oczywiście nie ci, którzy sitwę tworzą czy są jej stowarzyszonymi ogniwami albo beneficjantami. I to jest całkiem spora armia, która wraz z rodzinami oraz klientami z niższego poziomu hierarchii gwarantuje PO realne i niemałe poparcie.

Na poziomie lokalnym sitwy z udziałem PO (i silnego tam PSL) są bardzo rzadko demaskowane, bo lokalne media są albo uzależnione od urzędowych reklam i ogłoszeń albo są organami władz, czyli faktycznie sitw. Obywatele mają prosty wybór: albo są z sitwą i jakoś to im profituje, albo nie mają życia, bo opornym sitwa potrafi uprzykrzyć prawie wszystko. Ci ludzie też nie mają wyjścia i muszą bronić aktualnej władzy, bo po zmianie wielu z nich mogłoby trafić do więzienia, a inni nie mieliby szans na ocalenie stanu posiadania i wpływów. I te dwa typy sitw - ogólnokrajowa oraz lokalne są większymi i bardziej zdeterminowanymi obrońcami PO niż jej aparat czy wierne jej media.

Sitwy były w PRL i funkcjonują od początku III RP, lecz w ostatnich latach stały się najczystszą (czy raczej najbrudniejszą) patologią. Centrum samo się degenerowało, a jednocześnie pozwalało lokalnym sitwom stawać się strukturami mafijnymi, bo zasada umoczenia i upaprania wszystkich jest najskuteczniejszym spoiwem. Wtedy bardzo silna jest omerta, czyli nakaz milczenia, bo jedno słabe ogniwo zagraża całej strukturze. Wszyscy kryją się więc do upadłego i bronią władzy PO jak niepodległości. A z nimi rodziny, pociotki, kolesie i wszyscy ci, którzy w jakiś sposób korzystają na tym, że z tym układem trzymają. To są prawdziwe filary władzy PO i one są naprawdę trudne do usunięcia.

Metodami politycznymi można oczywiście wiele zrobić: zmobilizować własnych zwolenników, poszerzyć bazę poparcia, pokazać alternatywę lepszego rządzenia, lepiej punktować władzę i uświadamiać społeczeństwu, że jest okradane, oszukiwane, wykorzystywane, eksploatowane oraz wpuszczane w cywilizacyjny kanał i moralne bagno. I taką politykę trzeba uprawiać, łącznie z takimi działaniami jak budowanie szerokiego obozu prawicowego. To może jednak nie wystarczyć w konfrontacji z sitwami oraz aparatem państwa (w tym tajnymi służbami i fiskusem), który – jak wynika m.in. z rozmowy ministra Sienkiewicza z prezesem Belką – jest bezceremonialnie wykorzystywany do tego, by uniemożliwić opozycji przejęcie władzy. Do tego dochodzą główne media, które są częścią systemu władzy, nie reprezentują natomiast opinii publicznej.

Czy to oznacza, że niczego nie da się w Polsce zmienić? Da się, ale nie będzie to wcale łatwe. I wymaga znacznie większego wysiłku niż rutynowe polityczne przedsięwzięcia. Ta władza i jej różne kręgi interesów oraz wsparcia nie tylko walczą o przetrwanie, ale często wręcz o życie. Dysponują oni około trzymilionową wierną armią, niemającą innego wyjścia jak stać przy wodzu Tusku i pomniejszych kacykach, żeby zachować to, co się nakradło, zachachmęciło, sprywatyzowało z publicznego majątku. W kwietniu 1945 r. otoczenie Hitlera nie miało złudzeń, jak to się wszystko skończy, a mimo to trwało przy wodzu. Bo dobrze wiedzieli, że jego koniec to także ich zguba.