Monument  Polsko-Sowieckiego Braterstwa Broni z placu Wileńskiego w Warszawie, pogardliwie nazywany przez mieszkańców stolicy pomnikiem „Czterech Śpiących”, tak jak za komuny pozostaje pod ścisłą ochroną.

Władzom miasta, zamierzającym za 2 mln zł odnowić symbol sowieckiej okupacji, wydaje się sekundować prokuratura, która nie odstępuje od ścigania młodych ludzi za oblanie pomnika czerwoną farbą oraz namalowanie napisu „czerwona zaraza”.

Jak donosi „Nasz Dziennik”, warszawska prokuratura rejonowa Praga-Północ odwołała się od decyzji sądu o oddaleniu aktu oskarżenia w sprawie, która obejmuje też zarzut „zniszczenia” pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej w w stołecznym parku Skaryszewskim.

Prokuratura nie odstępuje od swoich czynności, choć sąd - umarzając postępowanie – jasno stwierdził, iż nie może być o przestępstwie znieważenia pomników. A to z tego oczywistego względu, iż oba relikty komunizmu wcale nie są pomnikami.

Zdaniem Sądu obiekty te nie spełniają definicji pomnika, bowiem ochronie prawnej podlega obiekt wzniesiony dla upamiętnienia zdarzenia bądź uczczenia osoby, której ta cześć jest należna. Niestety te wymuszone pomniki, bo tak należy je nazwać, są jedynie symbolem komunizmu, zakłamanej historii Polski oraz – jak słusznie podkreślił obrońca oskarżonego L. – ’namacalnym symbolem przymusowej sowieckiej okupacji’

– uzasadniała sędzia Ewa Grabowska.

Stanowisko sądu potwierdzają opinie prof. Wojciecha Roszkowskiego i Instytutu Pamięci Narodowej. Na prokuraturze nie robi to jednak wrażenia, podobnie jak na władzach stolicy.

Jak przypomina „ND”, pomnik „Czterech Śpiących” - zdemontowany z powodu budowy metra pod koniec listopada 2011 roku - według planów miasta ma zostać ponownie postawiony po wcześniejszej renowacji, co będzie łącznie kosztowało ok. 2 mln złotych.

Wydawanie publicznych pieniędzy na restytucję pomnika Braterstwa Broni, które było braterstwem fikcyjnym – monumentu stojącego w pobliżu przynajmniej pięciu udokumentowanych miejsc, gdzie mordowano żołnierzy Armii Krajowej i podziemia niepodległościowego – należy uznać za absurdalne

– mówi „ND” Tomasz Pisula, prezes Fundacji Wolność i Demokracja.

I dodaje:

Dla nas kwestia tego pomnika jest jednym z głównych powodów, dla których należałoby odwołać panią prezydent.

JKUB/”ND”