Rząd Donalda Tuska przed dwoma laty wspomógł strefę euro, do której Polska nie należy większą kwotą niż ta, której nam dzisiaj brakuje w budżecie ponad "zaplanowany deficyt" – ponad 24 miliardy złotych. Cztery miesiące później Tusk otrzymał od Niemców nagrodę imienia antypolskiego polityka republiki weimarskiej. Szklane paciorki za złoto i diamenty?

Donald Tusk i jego niezwykle zdolny wicepremier Jan Vincent Rostowski do perfekcji doprowadzili kreatywną księgowość. Przez całe lata tworzyli mity „zielonej wyspy” i innych tego typu bajek. Mielibyśmy z tym mniejszy problem, gdyby tylko o tym mówili! Oni jednak te nikłe zasoby kraju będącego na dorobku ochoczo wydawali, przy aplauzie ekspertów, którzy nazywali to „inwestycją w przyszłość”.

Pod koniec 2011 roku dowiedzieliśmy się od rządu, że klamka zapadła – nasz kraj pożyczy krajom strefy euro 5,8 miliarda euro. Przy dzisiejszym kursie euro to około 24,3 miliarda złotych.

Polska wyda 5,8 mld euro na ratowanie strefy euro. Choć oficjalnie będzie to pożyczka dla MFW, można mówić po prostu o wsparciu dla krajów strefy euro z kieszeni polskich podatników

- cytowało Polskie Radio analityka finansowego Łukasza Wróbla.

Wedle alarmujących danych dzisiejszy, dodatkowy deficyt budżetowy, który wymaga kombinowania przy ustawowych progach ostrożnościowych, wynosi właśnie 24 miliardy złotych.

Donald Tusk, który przy wszystkich okazjach pokazuje się jako „nowoczesny Europejczyk”, który zwalcza polskie wady narodowe tym razem poszedł za słynnym szlacheckim zawołaniem – „zastaw się, a postaw się”.

Czy niemieccy przyjaciele docenili hojny gest Tuska medalem imienia Walthera Rathenaua, antypolskiego ministra spraw zagranicznych, który podpisał groźny dla nas układ ze Związkiem Sowieckim w Rapallo?

Koincydencja czasowa z decyzją premiera Polski, która odciążała bogaty niemiecki budżet, jest zadziwiająca – Tusk nagrodę odebrał pod koniec kwietnia 2012 r., a więc cztery miesiące po cytowanym wyżej artykule i decyzji rządu.