O sytuacji w Afganistanie, polskiej misji i ostatnich wydarzeniach rozmawiamy z Marcinem Ogdowskim, dziennikarzem, znawcą tematyki afgańskiej, korespondentem wojennym, autorem książek "ZAfganistanu.pl - alfabet polskiej misji", oraz "Ostatni Świadek".


Arkady Saulski: Kolejne dni przynoszą wieści o śmierci naszych żołnierzy w Afganistanie. Co się dzieje? Zagrożenie rośnie?


Marcin Ogdowski: Mamy wiosnę, lada moment lato, czyli okres, w którym wzrasta aktywność ugrupowań rebelianckich w Afganistanie. Śnieg się rozpuścił, temperatura wzrosła – członkowie komand znów wyszli w teren, w którym pozostaną do przełomu października - listopada, a jeśli pogoda pozwoli, to nawet kilka tygodni dłużej. Siłą rzeczy oznacza to większe ryzyko „kontaktu”, jak wojskowi nazywają starcie z przeciwnikiem. Siłą rzeczy przekłada się to również na większą liczbę „wykopków", jak zwykli mówić o zakładaniu min-pułapek żołnierze. Stąd nasze straty – zabici i ci, o których już się nie mówi i nie pisze (a których jest dużo, dużo więcej) – lżej i ciężej ranni.


Jak na to zagrożenie reagują nasi żołnierze? W "Ostatnim Świadku" znakomicie opisałeś to napięcie i strach przed i po akcji. Nasi żołnierze muszą znajdować się więc w stresującej sytuacji - jak sobie z tym radzą?


Dowództwo naszej armii od lat stosuje zasadę, że na letnie zmiany wysyłane są elitarne formacje Wojska Polskiego. Dla przykładu, latem zeszłego roku byli to spadochroniarze z 6. Brygady Powietrznodesantowej, teraz trzon afgańskiego kontyngentu stanowią żołnierze z 25. Brygady Kawalerii Powietrznej. Ale nawet najbardziej doświadczeni wojskowi nie są wolni od napięcia i lęku. Pozwól, że zacytuję dwie zasłyszane niegdyś wypowiedzi. Usłyszałem je z ust konkretnych żołnierzy, ale znakomicie opisują postawy całej społeczności:

Boje się przed każdym wyjazdem. Potem nie jest źle, wiesz, adrenalina, napięcie. Ale po powrocie do bazy często dopadają mnie dreszcze...

Jeden z moich kumpli stracił nogę, inny wrócił do Polski częściowo sparaliżowany. Są chwile, kiedy nie mogę przestać o tym myśleć. Robię swoje, ale w duchu proszę Boga o jedno – jak już mają mnie odjebać, to na amen. Przeraża mnie myśl o kalectwie.

Chłopcy realizują zadania – „robią robotę”, jak zwykło się o tym mówić – a po wszystkim śpią, dźwigają ciężary na siłowni, grają w kosza lub siatkę, a od czasu do czasu piją. Alkohol jest zakazany, ale w bazie go nie brakuje – przemycanego z kraju, czy pędzonego na miejscu. Nie oznacza to jednak, że ludzie upijają się na umór. Wojskowi wiedzą, gdzie są, znają skalę ryzyka. Incydenty oczywiście się zdarzają, ale problemu nadużywania alkoholu nie ma. Wydaje mi się, że istnieje wręcz ciche przyzwolenie na jego spożywanie, pełni on bowiem rolę wentylu bezpieczeństwa.


Przejdźmy na skalę makro - co udało nam się osiągnąć politycznie dzięki tej misji? Warto było?


Mówi się, że „nieużywana armia rdzewieje” – i patrząc z tej perspektywy, można mówić o jakichś korzyściach. Wojsko ostrzelało się, obyło z zachodnimi procedurami, z sytuacją bojowej współpracy z sojusznikami. Tyle że te wartości mają moc jedynie w obrębie jednej instytucji – armii. Patrząc z perspektywy państwa, nie widzę większych korzyści. Politycy podnoszą czasem argument „wiarygodności sojuszniczej”. Tyle że Czesi też okazali się wiarygodnym partnerem i członkiem NATO, a osiągnęli to, wysyłając do Afganistanu szpital polowy i kilka śmigłowców. My zaś postąpiliśmy w myśl bliskiej nam zasady „zastaw się, a postaw się”. Efekty? Misja kosztowała nas blisko 5 miliardów złotych, które można by było przeznaczyć na modernizację armii.


No właśnie, a jak rysuje się sprawa kosztów gospodarczych naszej misji? Życie żołnierzy jest bezcenne, jednak politycy liczą pieniądze.


Życie żołnierza ma swoją konkretną cenę. 10 lat temu było to 50 tys. złotych z tytułu odszkodowania w przypadku śmierci, dziś ta stawka wzrosła pięciokrotnie. Plus odprawa, plus 18-krotność średniej pensji krajowej i kilka innych benefitów, które otrzymuje rodzina poległego.

Co do istoty Twojego pytania – liczą. I to pieniądze – obok presji opinii publicznych – są w mojej ocenie głównym powodem rozłożonej w czasie rejterady NATO z Afganistanu. Ten kraj absorbuje pieniądze jak pustynia wodę – bez względu na ilość, wszystko wsiąknie. A efektów nie widać. Bo owszem, w ostatnich miesiącach ginie mniej natowskich żołnierzy, ale to wynika z mniejszej liczby prowadzonych operacji, co z kolei jest skutkiem znacznej redukcji ISAF. A talibowie i inni watażkowie dalej z powodzeniem rządzą na prowincji, coraz śmielej poczynając sobie w enklawach silnie obsadzonych przez wojska Zachodu i siły bezpieczeństwa tamtejszego reżimu. Nie dalej jak wczoraj, zaatakowali ważne obiekty w Kabulu…


Co zatem dalej? Wkrótce wycofujemy się z Afganistanu, ale co ta misja nam dała? Czy dała Polsce jakiekolwiek wymierne korzyści polityczne, gospodarcze? Czy Wojsko Polskie na tym zyskało?


Wojsko Polskie nauczyło się walczyć w warunkach wojny antypartyzanckiej, w specyficznych warunkach geograficznych i kulturowych. Poza wspomnianym już ostrzelaniem, z samej istoty tych doświadczeń raczej nie skorzystamy. Bo Polsce nie grożą działające w górach, rebelianckie oddziały, których sposób funkcjonowania w dużej mierze wyznacza islamski fundamentalizm. Jeśli już powinniśmy się czegoś bać (choć byłbym tu ostrożny w ocenie skali ryzyka), to raczej rosyjskich rakiet i czołgów, które przetoczyłyby się przez nasze równiny.

W przypadku Afganistanu nikt nie mamił nas wizją intratnych kontraktów, więc fakt, że ich nie ma, nie rodzi frustracji. Chociaż tyle – można by rzec, wspominając poczucie porażki, jakie towarzyszyło nam, gdy w 2008 roku polskie oddziały opuszczały Irak.

Ale nie zmienia to faktu, że wojna o Afganistan jest przegrana. Struktury, na czele której stoi prezydent Hamid Karzaj, bez wsparcia Zachodu przetrwają najwyżej kilka miesięcy. Świadomi tego Amerykanie już teraz dogadują się z umiarkowanymi skrzydłami talibów, usiłując w ten sposób pokojowo wmontować rebeliantów w system władzy. Nawet jeśli im się uda, moim zdaniem nie przyniesie to długotrwałych rozwiązań. W perspektywie kilku lat Afganistan czeka kolejna wojna domowa, w wyniku której ukonstytuuje się władza najsilniejszego. A tak się składa, że rząd dusz mają w tym kraju mają islamscy fundamentaliści.

NATO – podobnie jak Armia Radziecka – nie przegra militarnie „bitwy o Afganistan”. Jednak w sensie politycznym będzie to porażka. A porażka Sojuszu, jest również porażką Polski.


rozmawiał Arkady Saulski
wGospodarce.pl