W najnowszym numerze tygodnia „Polityka” prof. Andrzej Romanowski gromi IPN za opublikowanie przed pięciu laty albumu poświęconego rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu, a dokładnie za zamieszczenie w nim reprodukcji zeznań, jakie złożył on na UB po aresztowaniu w maju 1947 roku.

Doprawdy, nie było potrzeby wywlekania na światło dzienne złożonych na UB zeznań Pileckiego. Nie jesteśmy przez nie bogatsi o dodatkową wiedzę, przeciwnie wiemy jeszcze mniej, pod pewnym względem mniej niż w PRL.

Nie wiem, pod jakim względem wiemy dzięki tym dokumentom mniej (moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie), ale zdumiewające jest tu coś innego: oto bowiem człowiek mieniący się historykiem wyraża otwarcie pogląd, że istnieją dokumenty dotyczące postaci istotnej dla naszej historii najnowszej, których nie powinno się ujawniać. W dodatku człowiek ten jest od lat redaktorem naczelnym „Polskiego Słownika Biograficznego”! Pozostaje tajemnicą prof. Romanowskiego, jak w praktyce na tym polu wciela zalecenie Adama Mickiewicza, cytowanego przez siebie jako metodologiczny autorytet w dziedzinie historiografii:

Są prawdy, które mędrzec wszystkim ludziom mówi (...) Są takie, których odkryć nie może nikomu.

Prof. Romanowski zestawia dokumenty świadczące o tym, że Pilecki złożył w śledztwie zeznania obciążające dwóch swoich współpracowników ze wstępem do albumu, autorstwa Jacka Pawłowicza, w którym kreśli on bohaterską sylwetkę rotmistrza. Problem w tym, że teza o zasadniczej sprzeczności między wstępem, a z reprodukowanymi dokumentami istnieje przede wszystkim w głowie prof. Romanowskiego. Pawłowicz zrobił bowiem tylko jeden błąd: przecenił inteligencję i wiedzę niektórych czytelników swojego wstępu. Uznał, że dla zrozumienia sytuacji, w jakiej po aresztowaniu znalazł się Pilecki wystarczy przytoczenie jednego jego zdania wypowiedzianego podczas widzenia z żoną: „Oświęcim to była igraszka”. Powinien był zaś napisać, że jego siatka konspiracyjna została wcześniej przez bezpiekę rozpracowana i gdyby nawet Pilecki milczał jak grób mimo zrywania mu paznokci, miażdżenia jąder i grożenia rodzinie, to i tak nie zapobiegłby ich aresztowaniu. Ponieważ jednak prof. Romanowski powątpiewa, czy i ewentualnie kiedy dokładnie te środki zostały wobec Pileckiego zastosowane (tego rzeczywiście nie pisano w protokołach przesłuchań), warto rozważyć czy zajmujący się nim szef departamentu śledczego MBP Jacek Różański nie posłużył się metodą jaką zastosował wobec Emilii Malessy, której dał „oficerskie” słowo honoru, że nikt z ujawnionych przez nią członków Zrzeszenia WiN nie zostanie aresztowany. Byłby to wszakże jedynie dowód naiwnej szlachetności rotmistrza, zatem prof. Romanowski apelujący stale o rozważanie różnych możliwości, tej akurat nie dopuszcza. Psułaby mu bowiem tezę, którą wieńczy swój artykuł.

Prof. Romanowski miotając ciężkie oskarżenia pod adresem „historyków IPN”, choć autorem albumu jest tylko jeden z nich (rola Janusza Kurtyki ograniczyła się do napisania kurtuazyjnego wstępu), nie zadał sobie trudu obejrzenia całej dokumentacji dotyczącej śledztwa bezpieki wobec grupy Pileckiego. Do formułowania kulawego skądinąd zarzutu o „manipulowaniu przeszłością” pod adresem instytucji, w której pracuje ponad dwustu badaczy wystarczyła mu reprodukcja dokumentów na kilku stronach albumu. Jeśli to właśnie nie jest manipulacja, to co nią jest?

Redakcja „Polityki” reklamuje na okładce artykuł prof. Romanowskiego zdaniem: „IPN podważa legendę rotmistrza Pileckiego”. To nie Instytut (a dokładnie jeden z jego historyków Jacek Pawłowicz) podważa legendę Pileckiego, ale czyni to właśnie prof. Romanowski i redakcja tygodnika zamieszczająca jego pokrętne wywody. Pan profesor w publicystycznym zapale nie ograniczył się bowiem do podważenia drogi życiowej Pileckiego, ale postanowił też wyjaśnić czytelnikom motywy dla których rotmistrz złożył wspomniane zeznanie, a później napisał wierszem list do Józefa Różańskiego. Miało nim być zrozumienie przez rotmistrza „racji Polski pojałtańskiej”, co uzasadnia... faktem, że Pilecki nie odwołał swoich zeznań przed sądem oraz tekstem wyroku skazującego go na karę śmierci. Wprawdzie w trakcie procesu Pilecki stwierdził „Protokoły podpisywałem, przeważnie nie czytając ich, bo byłem wówczas bardzo zmęczony”, ale prof. Romanowski uważa, że uznanie ich za aluzję do stosowanych tortur jest jedynie jedną z możliwości, bowiem „można je też traktować dosłownie: jeżeli przesłuchania trwały szereg godzin (a trudno przypuścić, by było inaczej), musiały istotnie być męczące”. Znając szerszy kontekst działalności UB historyk może jednak uznać którąś z tych możliwości za bardziej prawdopodobną. I nie jest nią ta, którą sugeruje kierownik Katedry Kultury Literackiej i Pogranicza UJ, którą to funkcję pełni prof. Romanowski.

Notabene dzisiejszy historyk - rzetelny historyk tę rację Polski pojałtańskiej powinien również rozumieć, wziąć ją pod uwagę

– poucza mentorskim tonem prof. Romanowski. Nie precyzuje jednak, na czym owa „racja Polski pojałtańskiej polega”. Domyślam się jednak, że na powtarzanym od lat zdaniu:

innej Polski niż ta rządzona przez komunistów nie było i być wskutek decyzji z Jałty nie mogło, zatem wszyscy ci, którzy się temu przeciwstawiali, tkwili w błędzie.

Pytanie jednak dlaczego Witold Pilecki, który rzekomo ów pogląd zdaniem Romanowskiego „musiał rozumieć” został skazany na karę śmierci (wedle sądu „za działanie na szkodę Państwa Polskiego jako płatny rezydent obcego wywiadu”), a Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski? Wszak dołączenie takiej postaci jak Witold Pilecki, z jego oświęcimską legendą, do grona „budowniczych Polski ludowej” byłoby dla władz znacznie korzystniejsze niż osób pokroju Bolesława Piaseckiego? Dlaczego Bierut pozwolił na zamordowanie Pileckiego, a ocalił przed egzekucją jego współpracowniczkę Marię Szelągowską, która rzekomo jak twierdzi kategorycznie prof. Romanowski została aresztowana wskutek jego zeznań?

Może należałoby zajrzeć również do jej akt, zanim zacznie się miotać oskarżenia i pouczać innych o regułach historycznego warsztatu?