Trwa pierwszy proces sądowy wytoczony przez obywatela polskiego niemieckiej gazecie za użycie sformułowania "polski obóz koncentracyjny". Wynik jest niepewny, zwłaszcza że obecne władze państwa w ogóle nie są zainteresowane jakimkolwiek wsparciem osoby, która jedynie dzięki własnej upartości i życzliwości osób prywatnych toczy samotną walkę z fałszerzami historii.

CZYTAJ WIĘCEJ: Polak stawia przed sądem wydawcę "die Welt" za użyty przez tę gazetę zwrot "polski obóz koncentracyjny"

O powodach pozwania niemieckiej gazety rozmawiamy z autorem pozwu Zbigniewem Osewskim ze Świnoujścia.

 

wPolityce.pl: Co skłoniło pana do pozwania niemieckiego dziennika „die Welt”?

Zbigniew Osewski: Po opublikowaniu artykułu, w którym padło sformułowanie „polski obóz koncentracyjny” wysłałem do redakcji żądanie sprostowania i wpłaty pewnej sumy pieniędzy na ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci. Gdy nie otrzymałem odpowiedzi zdecydowałem się wytoczyć im proces.

 

Jednak kłamliwych określeń „polskie obozy koncentracyjne” jest wiele w niemieckich mediach. Nie tylko w „die Welt”, dlaczego więc pozwał pan tę gazetę?

Bo akurat bardzo w pamięci zapadł mi tekst mówiący o obozie na Majdanku. Ale faktycznie nie tylko „die Welt” kłamie. W związku z ostatnim słynnym filmem w ZDF, który obrażał Armię Krajową („Nasze matki, nasi ojcowie” – przyp. red.) chciałem pozwać tę telewizję,  ale otrzymałem informację ze Stowarzyszenia Patria Nostra i Reduta Dobre Imienia już działa w tym kierunku, więc odstąpiłem od tego zamiaru.

 

A czy wchodziły w grę jakieś osobiste kwestie? Wielu Polaków jest zbulwersowanych fałszowaniem historii przez Niemców, ale nie wszyscy idą z tym do sądu.

Tak, były osobiste kwestie. Niemcy zakatowali mojego dziadka w obozie pracy w Iławie. To był podobóz Stutthof. Z tego co zdołałem się dowiedzieć, to dziadek zmarł w czasie ciężkiej pracy przy rozbudowywaniu węzła kolejowego w Iławie. Dlatego nie mogę pogodzić się z tym, że Niemcy fałszują historię nazywają własne obozy polskimi. Zamierzam sprawę doprowadzić do końca.

CZYTAJ TAKŻE: Niemieckie zakłamywanie historii trwa w najlepsze. Największa tamtejsza agencja prasowa użyła sformułowania "polski obóz zagłady". Już powtórzyły je inne gazety

Dlaczego według pana Niemcy tak natrętnie fałszują historię ostatniej wojny?

Na pewno jest to celowe działanie. Nie ma tu przypadkowości. Już po pozwaniu „die Welt” dziennik ponownie publikował kłamliwe sformułowanie „polski obóz”. Wydaje mi się, że takie działanie ma na celu przekonania następnych pokoleń Niemców, Europejczyków do innej wizji historii, do przekonania o innej roli Niemców.

 

Czy dostał pan wsparcie od instytucji państwowych? W końcu walczy pan w obronie dobrego imienia kraju, a jego władze mają obowiązek wsparcia takiej obrony.

Nie, nie dostałem żadnego wsparcia od władz państwowych. Napisałem w tej sprawie trzy listy do premiera Donalda Tuska, ale odesłał mnie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Podziękowałem za taką „pomoc”. Nie o to mi chodziło, bo chciałem zainteresować tą sprawą pana premiera osobiście. Do MSZ nie ma po co się zgłaszać, bo widać, że niewiele robią. Podobno piszą jakieś skargi, prośby o sprostowania, ale jednak w tej sprawie powinny zacząć działać najwyższe czynniki państwowe; premier i być może prezydent.

 

Dlaczego państwo polskie nie działa w obronie swego dobrego imienia?

Nie mam pojęcia. Odnoszę wrażenie, że obecna ekipa rządząca uważałaby obronę dobrego imienia Polski za niepoprawne polityczne. Pan premier niespecjalnie jest zainteresowany historią kraju, którym rządzi. A sprawa jest ważna, bo naród, który nie zadba o upamiętnienie swej przeszłości, źle skończy w przyszłości.

Rozmawiał Sławomir Sieradzki

CZYTAJ TAKŻE: Mec. Lech Obara: "Trzeba zacząć Niemcom uświadamiać, że zaczynają się procesy, poważniejsze reakcje z naszej strony i ich kłopoty"