Jak brzmi pierwsze zdanie głównego editorialu w „Gazecie Wyborczej” w dzień po obchodach 70 rocznicy powstania w warszawskim getcie? Czy pojawia się w nim zaduma? Swoisty patos, śmierć? Pierwsze zdanie brzmi: „Świat zauważył obchody powstania w getcie i docenił polski wysiłek”.

Dalej Adam Leszczyński informuje nas, że dostaliśmy pochwały od New York Timesa, Le Monde’a, Timesa i La Repubbliki. Ostatnie zdanie komentarza koresponduje z pierwszym:

Polsce udało się pokazać  światu, że pogodziła  się ze swoją żydowska spuścizną, że nie traktuje jej nieufnie i z dystansem, że czci pamięć swoich obywateli zamordowanych przez Niemców za to, że byli Żydami.

Wszystko więc ujmowane jest w kategoriach egzaminu. Uff, zdaliśmy, zdaje się nas informować reprezentant, właśnie - kogo? Polaków przed europejskim establishmentem? Czy tego establishmentu przed Polską?

O takich rzeczach jak światowe reakcje na to, jak obchodzimy swoje rocznice, pisać pewnie trzeba. Ale czy warto robić z tego istotę całego zdarzenia? Nie zetknąłem się nigdy z wyrazami lekceważenia żydowskich bojowców ginących w 1943 roku, nawet środowisk wobec Żydów zdystansowanych, więc rzecz nie na tym polega, że dzieje się coś całkiem nowego. Nie jesteśmy Niemcami, którzy zdawali kiedyś raz po raz egzaminy z empatii wobec swoich dawnych ofiar.

Nie, my możemy być co najwyżej rozliczani ze stopnia gorliwości w upamiętnianiu ludzi, którzy byli naszymi towarzyszami w cierpieniu. I to właśnie mnie razi. Czyni to z naturalnego odruchu coś lizusowskiego i nieautentycznego. Co więcej, pojawia się pytanie, jaki stopień gorliwości jest wystarczający, a jaki zbyt mały? Kto to będzie mierzył i z czym porównywał?

Zwłaszcza, że – nigdy dosyć powtarzania tego po sto razy – w wielu wypadkach mierzyć będą ludzie niewrażliwi na to, co jest z kolei polską tradycją, niezauważaną przez świat. Pewien mój znajomy opowiadał mi historię o znanym aktorze Yves Montandzie, który kiedy przyjechał do Polski w roku 1989 wspierać „Solidarność”, kazał się wieść pod pomnik Powstania Warszawskiego. Kolega zawiózł go pod Nike (prawdziwego pomnika Powstania wtedy nie było), ale Montandowi chodziło o pomnik getta.

W dwadzieścia parę lat później podobne pomyłki są na porządku dziennym. Pomimo wielkich obchodów Powstania Warszawskiego w roku 2004 i później.

Uznaję zasadność społecznej akcji „Dwa powstania”, kiedy inicjują ją Dawid Wildstein do spółki z Janem Ołdakowskim. Wiem o co im chodzi, i nawet jeśli nie zgadzam się ze szczegółami uzasadnień,  przyklaskuję intencjom.

Ale kiedy czytam na pierwszej stronie „Wyborczej” tytuł „Pierwsze powstanie warszawskie”, natychmiast odzywa się ostrzegawczy dzwonek. Kiedy pierwsze zmieni się w jedyne?

Nawet jeśli to moje przeczulenie, środowiska o których piszę, dały do niego szczególną podstawę. A zresztą wszystko jest możliwe. Dziesięć lat temu nikt by nie uwierzył, że jakakolwiek gazeta w Polsce uczyniła poważny temat z rojeń Elżbiety Janickiej o bohaterach z Szarych Szeregów. Więc za kolejne dziesięć lat, kiedy umrą ostatni świadkowie…

Możliwe jest wszystko. A traktowanie Polaków jak reedukowanych zbrodniomyślicieli jest niemądre. Ale jest też niepraktyczne. Jeśli powstanie w getcie stanie się jednym więcej elementem poprawnego politycznie narzucanego z zewnątrz rytuału, to przy pierwszej zmianie nastrojów może zostać równie gwałtownie odrzucone. Byłby to absurd historii, ale przecież nie pierwszy i nie ostatni.