Czy elektrownie wiatrowe, które coraz mocniej wpisują się nie tylko w polski krajobraz, ale też w bilans energetyczny są rzeczywiście – jak zachwalają ich zwolennicy – jednym z najbardziej czystych  i bezpiecznych źródeł energii? Wraz z rozrastaniem się wiatrakowych farm, rosną wątpliwości.


CZYTAJ WIĘCEJ: Przekręty na wietrze: czy inwestorzy farm wiatrowych korumpują samorządowców? Służby badają interes z wiatrakami

 

Stan techniczny turbin wiatrowych nie podlega kontroli żadnej instytucji państwowej. Wiatraki stawiane są w odległości nawet 200 m od zabudowań, stanowiąc zagrożenie dla życia i zdrowia ludzkiego. Również polskie prawo nie reguluje tej sprawy

-  ostrzega „Gazeta Polska Codziennie”.

Dziennik podkreśla, że w ostatnich latach Polska przeżywa prawdziwy boom wiatrakowy.

Buduje się już nie tylko pojedyncze elektrownie wiatrowe, ale nawet całe farmy. Tylko w 2011 r. odnotowano ponad 100-procentowy wzrost produkcji prądu w tego typu elektrowniach

– pisze „GPC”.

Inwazja wiatraków nie idzie jednak w parze z prawem, które powinno ściśle regulować ich funkcjonowanie.

Energię, z jaką kręci się turbina wiatrowa umieszczona na wysokości 100–150 m, można porównać do rozpędzonej wielkiej lokomotywy. Tymczasem żaden urząd nie kontroluje tego typu urządzeń, nie wymaga badań kontrolnych ani certyfikatów

– zwraca uwagę prof. Grzegorz Pojmański z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Ewentualna awaria turbiny to poważne zagrożenie, tym bardziej że mogą być one sytuowane w odległości 200, 300 czy 400 m od budynków mieszkalnych. Urwane śmigło, które waży 9 ton, może polecieć nawet na odległość 2 km

– zaznacza „GPC”.

JKUB/”GPC