Nieco ponad miesiąc temu, z okazji tzw. walentynek, słuchałem w „Trójce” zabawnej audycji, w której zaproszeni politycy odczytywali napisane przez innych polityków krótkie utwory wierszowane powstałe na tę okoliczność, komentując je przy tym mniej czy bardziej dowcipnie.

Program był pomyślany jako rozrywka łagodząca polityczne obyczaje, podobnie jak polityczne obyczaje co roku łagodzi szopka wystawiana w krakowskim teatrze „Groteska” z udziałem znanych polityków.

W programie w „Trójce” wystąpił m.in. poseł Robert Biedroń- homoseksualista. Piszę „Biedroń-homoseksualista”, ponieważ człowiek ten zrobił i tym razem tak, jak ma w zwyczaju, to znaczy nie omieszkał zamanifestować swojej orientacji seksualnej. Nie był to program o upodobaniach seksualnych, więc postępek Biedronia był całkowicie zbędny. To tak, jakby inżynier Jan Kowalski wypisał sobie na wizytówce zamiast „Jan Kowalski, inżynier” – „Jan Kowalski, homoseksualista”. Ale był to zarazem postępek niesmaczy, oto dlaczego.

Politycy, zdaje się, dostawali owe utwory wierszowane do odczytania, zwane tu walentynkami, losowo. Biedroniowi przypadła „walentynka” chyba dłuższa niż inne, co skomentował on słowami w rodzaju: -Ja mam dużą „walentynkę”… tylko, proszę, bez skojarzeń, po których rozległ się obleśny śmiech posła-dowcipnisia.

Gdyby taki numer wyciął jakikolwiek inny uczestnik (uczestniczka) o większościowej orientacji seksualnej, byłby skandal, bo rzecz odbywała się w radiu publicznym, a autor był posłem. W tym wypadku tak się nie stało. Dlaczego? Bo poseł Biedroń jest homoseksualistą, a zatem wszyscy, którzy powinni byli zareagować (prowadzący program, publiczność, dziennikarze innych mediów, posłowie na Sejm) woleli puścić sprawę mimo uszu. No bo proszę sobie tylko wyobrazić, jakie byłoby darcie szat w przypadku wniosku do komisji etyki poselskiej o ukaranie Biedronia za te słowa. Gazeta, która wyzwala Polaków z ciemnoty, miałaby na kilka tygodni temat do głębokich rozważań o zaściankowości kraju na Wisłą, a autorytety moralne słałyby oburzone listy otwarte solidarności z prześladowanym przedstawicielem mniejszości seksualnej.

Przypomina mi się ta historia teraz, kiedy czytam tekst Joanny Szczepkowskiej nawiązujący do polemiki Macieja Nowaka (byłego dyrektora Teatru Wybrzeże) z Grzegorzem Małeckim (aktorem Teatru Narodowego).

Sprawa zaczęła się od wywiadu Grzegorza Małeckiego w rozmowie z Robertem Mazurkiem dla „Plusa-Minusa”, w którym aktor mówił rzeczy, z pewnością, irytujące dla teatralnego establishmentu, ale powszechnie znane. M. in. skrytykował teatralną tandetę, kryjącą się pod pozorami awangardy i pod szyldem politycznej poprawności. Oto fragment, który wzbudził furię Nowaka:

„Jak się takie rzeczy robi?

Teraz najważniejszą osobą w teatrze jest dramaturg, czyli osoba, która przychodzi na próbę z reżyserem i zajmuje się skreślaniem tekstu oryginalnego i dopisywaniem własnego.

Kto by tam ufał Czechowowi…

Na pewno nie dramaturg, który wpada zwykle z całą świtą. I tak na małej scenie jest: reżyser, choreograf, ktoś od świateł, dwie dziewczynki, które piszą o reżyserze pracę magisterską, delegaci „Krytyki Politycznej” i koniecznie para gejów, którzy nie wiadomo, czym się zajmują, ale dobrze, żeby byli…”

(http://www.rp.pl/artykul/984949.html?p=1).

Otóż Nowak oskarżył Małeckiego o to, iż ten ubolewał, że

współczesny teatr opanowały pedały (http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/157933.html).

Małecki nic takiego nie powiedział. Reakcja Nowaka, zdeklarowanego homoseksualisty, była więc typową manipulacją.

Dlatego ma 100 procent racji Joanna Szczepkowska, gdy pisze, że pod pozorem walki o tolerancję homoseksualiści w teatrze roszczą sobie prawo do tego, żeby nie podlegać normalnej krytyce. Szczepkowska:

Raczej trudno uznać mnie za homofobkę. I dlatego właśnie nie daję gejom taryfy ulgowej. Jak wszyscy dzielą się na zdolnych i niezdolnych, na uczciwych, na spryciarzy i na ofiary sprytu. Otóż spryciarze z gejowskich środowisk znakomicie żonglują dziś słowem „tolerancja”. I to jest nowość w ich wielowiekowej obecności w sztuce. Spryciarze zręcznie wykorzystują fakt, że świadomość i tolerancja jest w naszym kraju w powijakach. W imię pracy nad świadomością społeczną są w stanie każdy głos krytyczny nazwać homofobią. To czysta manipulacja i przede wszystkim blokowanie prawdziwej, rzetelnej dyskusji. (…) Gazeta, do której pisuję felietony bardzo chętnie i pilnie zamieszcza fakty świadczące o lobbingach homoseksualnych wśród kleru. Spróbuj jednak napisać tekst o takim lobbingu w teatrze. Ja spróbowałam. Tekst został zatrzymany i określony, jako donos. Ja zostałam nazwana szmatą. (…) Na zebraniu w Teatrze Dramatycznym wybitny homoseksualny reżyser powiedział do mnie - „Będziesz coraz bardziej martwa i coraz bardziej niepotrzebna”. Wierzę mocno, że to się nie uda bo ja dzieciństwo spędziłam wśród innych, mniej sprawczych gejów. Nie uda się jednak odebrać ostrości widzenia, ani gejom praw do traktowania ich równorzędnie. Test Macieja Nowaka jest po prostu durną manipulacją, bez względu na to jak wielkim jest on pederastą” (http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/158856.html).

Tym Czytelnikom, którzy nie wiedzą dla jakiej gazety felietony pisze Szczepkowska, wyjaśniam: dla „Wysokich Obcasów”, feministycznego dodatku „Gazety Wyborczej”.