Eurobiurokraci przekraczają kolejne granice. Każą płacić Cypryjczykom podatek od kont bankowych objętych dotychczas rządową gwarancją wypłaty (wkłady w wysokości 100 tys. euro). Jeszcze gorzej wygląda jednak sposób, w jaki osiągnięto „kompromis” w sprawie pomocy finansowej dla wyspy. To był prawdziwy szantaż wykonany przez nieposiadających mandatu demokratycznego urzędników.

Wbrew obiegowym opiniom, dobre dziennikarstwo gazetowe zawsze będzie w cenie. Pod warunkiem, że szuka faktów, żmudnie dociera do informacji i odsłania czytelnikom to, co zwykle zakryte. Taki jest „Wall Street Journal” i poniedziałkowy artykuł o kulisach negocjacji w sprawie pakietu pomocowego dla Cypru, który wymusza na władzach tego kraju wprowadzenie podatku na wszystkich posiadaczy kont bankowych w tym kraju. „WSJ” opiera się na rozmowach – co podkreśla – z aż ośmioma osobami albo bezpośrednio uczestniczącymi w negocjacjach, albo które zostały dokładnie poinformowane o ich przebiegu. Na podstawie tekstu można dokładnie zrekonstruować, jak to wszystko wyglądało. I trzeba przyznać, że najciekawsze – bo najwięcej mówiące o nowych zasadach, które zdaję się zapanowały w strefie euro – jest to, jak zapadały decyzje.

Intensywne negocjacje w Brukseli trwały ponad dziesięć godzin i skończyły się nad ranem w sobotę. Najważniejsze osoby w negocjacjach, to zdaniem „WSJ”: szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde (piastująca stanowisko niepochodzące z wyborów demokratycznych – przypisek mój), członek zarządu Europejskiego Banku Centralnego ECB Joerg Asmussen (bez mandatu demokratycznego), komisarz UE ds. spraw gospodarczych (eurobiurokrata, nie wybrany przez obywateli UE) Olli Rehn. To właśnie ta trójka – podkreślmy - biurokratów bez mandatu wyborczego wymusiła na wybranym niedawno i zaprzysiężonym zaledwie 1 marca prezydencie Cypru Nikosowi Anastasiadisie zgodę na wprowadzenie podatku od kont bankowych dla wszystkich bez wyjątków. Zgodę, łamiącą standardową w UE rządową gwarancję dla wszystkich posiadaczy wkładów do 100 tys. euro (muszą oni zapłacić podatek w wysokości 6,75 proc. od swoich wkładów, gdy depozytariusze z powyżej 100 tys. – 9,9 proc.). Zdobycie przez Cypryjczyków 7,5 mld euro w ten sposób od własnych obywateli miało być warunkiem uzyskania jakiejkolwiek pomocy finansowej.

Co najbardziej szokujące, że wcześniejsze propozycje były jeszcze bardziej drastyczne. Szefowa MFW zgłaszała pomysł zabrania… od 30 do 40 proc. wszystkich wkładów powyżej 100 tys. euro w zagrożonych bankructwem dwóch cypryjskich bankach – Laiki i Bank of Cyprus. Minister finansów Niemiec Wolfgang Schauble (polityk pochodzący z demokratycznego wyboru, ale tylko w Niemczech) oraz szef Eurogrupy (ministrów finansów strefy euro) Holender Jeroen Dijsselbloem (minister finansów w rządzie, ale od listopada 2012 r. bez mandatu parlamentarnego) od razu poparli projekt zebrania przez rząd Cypru 7,5 mld euro w postaci podatku od kont bankowych. W trakcie negocjacji z politykami cypryjskimi, Scheuble zaproponował swój pomysł – wprowadzenie 18 proc. podatku od kont bankowych na Cyprze.

Gdy prezydent Cypru stawiał opór, po pierwszej w nocy w sobotę przyszedł czas na wyłamywanie ramionek. Bankowy biurokrata Asmussen zadzwonił do szefa ECB Mario Draghiego i zasugerował, żeby nie wspierać więcej dwóch cypryjskich banków. Co oznaczać mogło tylko jedno: ich likwidację. Prezydent Cypru ustąpił, zdobywając tylko jedno: aby w żadnym wypadku nowy podatek nie przekraczał dwucyfrowej wartości. Po zakończeniu negocjacji, porozumienie przesłano do parlamentu Cypru do zatwierdzenia. I zablokowano wypłatę wszelkich pieniędzy z cypryjskich banków, aby nikt nie uciekł przed fiskusem.

Cały ten opis pokazuje na sposób działania i myślenia eurobiurokratów. I wbrew pięknym słówkom o demokracji, procedurach i niewzruszonych regułach, ich prawdziwy stosunek do demokracji. Wymuszanie na suwerennym państwie częściowej konfiskaty prywatnej własności w drodze niejawnych, nocnych rozmów. O skali arogancji - niewybieralnych przecież przez żadnych wyborców urzędników Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Europejskiego Banku Centralnego i Komisji Europejskiej – niech świadczy fakt, że zmusili oni do ustępstw wybranego zaledwie trzy tygodnie wcześniej prezydenta. No i forma: porozumienie odesłano na Cypr z zaleceniem zatwierdzenia natychmiast, w niedzielę, w dzień wolny. Nie lubię przesady, ale tak zapewne czuli się przywódcy Czechosłowacji, gdy we wrześniu 1938 r. zakomunikowano im i przekazano do wykonania warunki „pokoju naszych czasów” wymyślonego w Monachium przez najtęższych europejskich polityków…

Ale najgorsze w tym jest to, że Cypr wydaje się być laboratorium, aby sprawdzić reakcję na nakaz opodatkowania wszystkich kont bankowych (dotychczas eurobiurokraci zarzekali się, że nie posuną się tak daleko). Choć mowa jest o tym, że to operacja „jednorazowa, unikalna” dla Cypru, nie sposób nie odnieść wrażenia, że tak wcale nie jest. Co bardziej nieostrożni już bowiem wspominają o podobnych krokach wobec… Włoch. Ot, choćby niejaki Joerg Kraemer, główny ekonomista niemieckiego Commerzbanku, wspomniał w rozmowie z gazetą „Handelsblatt” ni mniej, ni więcej, że „podatek w wysokości 15 proc. od aktywów finansowych” rozwiązałby problem włoskiego zadłużenia.

Tak więc patrzmy uważnie na to, co się dzieje na Cyprze. Jeśli biurokratom uda się tam, nie wykluczone że spróbują we Włoszech czy Hiszpanii. A potem… będą już mogli właściwie wszystko. Bez oglądania się na suwerenność i demokrację. Gęby mają pełne frazesów o konieczności „europejskiej solidarności”, ale jak na razie mają zapłacić za nią tylko cypryjscy ciułacze. O obniżce – w ramach gestu „solidarności” – pensji eurobiurokratów czy europosłów nikt nawet nie wspomina. Bo cała ta zabawa zdaje się sprowadzać do od dawna preferowanej formuły: prywatyzacji zysków sektora bankowego i nacjonalizacji (spowodowanych błędną polityką) strat poprzez opodatkowanie zwykłych obywateli.