Uznano, że sprawy obrony i bezpieczeństwa również należą do głównego nurtu, że przyszłość Europy to nie tylko finanse, gospodarka, strefa euro, ale i problemy bezpieczeństwa

- mówił 7 marca minister obrony Tomasz Siemoniak, podsumowując warszawskie spotkanie premierów krajów Grupy Wyszehradzkiej, kanclerz Niemiec i prezydenta Francji. Szef polskiego MON wskazywał, że należy wzmocnić współpracę w dziedzinie wojskowości w ramach UE.

Wypowiedź ministra Siemioniaka to kolejne stwierdzenie polityków rządzących, które sugeruje, że zagrożenie dla Polski w ostatnich latach rośnie.

W podobnym guście wypowiadał się kilka tygodni temu szef BBN gen. Stanisław Koziej. Argumentując projekt zmian w strukturze dowódczej w polskiej armii Koziej tłumaczył:

Proponowane rozwiązania nie przesądzają, kto będzie naczelnym dowódcą: konstytucja daje tu pełną swobodę naczelnym władzom państwa – prezydentowi i premierowi. Logika rozwiązań, które proponujemy, sugeruje, że najlepiej byłoby, gdyby naczelnym dowódcą był dowódca operacyjny, który na co dzień ma odpowiadać za użycie wojska oraz szkolenie operacyjne, przygotowywanie dowództw i sztabów podporządkowanych mu formacji. To umożliwi przygotowywanie się tej osoby i Dowództwa Operacyjnego do funkcjonowania w razie konieczności wprowadzenia wojennego systemu dowodzenia i powołania konstytucyjnego naczelnego dowódcy wraz z jego sztabem.

Wypowiedź Kozieja pokazuje jednoznacznie, że przygotowywana reforma w armii ma przygotować Polskę do wojny, ma przystosować strukturę na czas wojny i działań wojennych w kraju.

Sprawa wojny powraca w wypowiedziach rządzących od 2011 roku. Od tego czasu Donald Tusk oraz Jacek Rostowski wskazywali kilkakrotnie, że pokój w Europie nie jest czymś wiecznym, że „historia znów może pokazać swoje szpetne oblicze”.

Publiczne mówienie o wojnie, o zagrożeniu nie jest niczym złym. Władze powinny analizować sytuację bezpieczeństwa oraz przygotowywać się na możliwą wojnę. Inicjatywa BBN czy szefa MON wygląda na pierwszy rzut oka, jak właśnie roztropne działanie władz, które przygotowują się na scenariusze również wojenne. To szczególnie istotne w obecnej rzeczywistości, w której widać ewidentne osłabienie NATO, wzrost negatywnych zjawisk związanych z kryzysem, rosnącą presję i agresję retoryczną Rosji, wzmacnianie przez nią armii i montowanie wokół Polski rakiet. W takiej sytuacji mówienie rządu o potencjalnym zagrożeniu, o wzroście prawopodobieństwa wybuchu konfliktu, podejmowanie inicjatyw, mających na celu umożliwienie Polsce skutecznych działań wojennych jest czymś uzasadnionym. Jest jednak jedno poważne ale…

Wszelkie rządowe wypowiedzi i inicjatywy wyglądają jak działanie fikcyjne, działanie propagandowe, jak straszenie Polaków lub szokowanie opinii publicznej. Bowiem za stwierdzeniami o wojnie, o zagrożeniu nie idą żadne kolejne kroki, które zabezpieczałyby Polskę przed stawianymi przez władze zagrożeniami. Rząd nie tylko nie zabezpiecza Polski przed nimi, ale wręcz rozkłada Polskę i jej zdolności obrony. Rozkłada na wielu polach.

Polska nie ma dziś potencjału obronnego. Po zawieszeniu poboru do armii, po rozpoczęciu budowy armii zawodowej Polska weszła na drogę upadku potencjału wojskowego. Dziś nie mamy możliwości obrony granic kraju, nie mamy możliwości odparcia ataku.

Jak wskazywał Przemysław Żurawski vel Grajewski w rozmowie ze Stefczyk.info Polska jest jednym z najbardziej rozbrojonych krajów Europy:

Średnia zdolność mobilizacji na wypadek konieczności obrony własnego terytorium w państwach europejskich wynosi średnio 1,66 procent populacji obywateli. W Polsce ten wskaźnik wynosi obecnie jedynie 0,26. Gorsze zdolności mobilizacyjne oprócz nas mają jedynie Czechy i Luksemburg. Te kraje jednak leżą w środku NATO, nie są z żadnej strony krajem granicznym Sojuszu. One mają ten wskaźnik na poziomie 0,17. Te trzy kraje są w najgorszej sytuacji pod tym względem. Co więcej, struktura polskiego wojska, silna kadra podoficerska i oficerska, powoduje, że Polska, mimo oficjalnie 100-tysięcznej armii, jest w stanie do obrony kraju wystawić około 30 tysięcy żołnierzy liniowych.

Politolog wskazuje, że obecnie polska armia „może bronić niewielkiego obszaru”.

W innym wywiadzie, dla pisma „Rzeczy Wspólne”, wyliczał:

Polski rząd zdecydował się na uzawodowienie wojska. Za jego pośrednictwem dano do zrozumienia światu, że Polska buduje armię ekspedycyjną, nie przeznaczoną do obrony terytorium kraju. Skąd taki wniosek? Można to obliczyć. Należy zajrzeć do regulaminów walki i zobaczyć, jaki jest obszar odpowiedzialności ogniowej batalionu zmechanizowanego w obronie. Są to 63 kilometry kwadratowe. Batalion to 600 żołnierzy. Biorąc pod uwagę liczbę batalionów polskiej armii, okazuje się, że na 312 tysięcy kilometrów kwadratowych polskiego terytorium wojsko jest w stanie obronić 12 tysięcy. Pozostałe 300 tysięcy jest zdane na łaskę Opatrzności.

Polska w wyniku decyzji rządu Tuska została pozbawiona możliwości obrony swojego terytorium oraz potencjału mobilizacyjnego na wypadek wojny, do prowadzenia której teoretycznie właśnie przygotowuje na gruncie prawnym.

Co gorsze, wydaje się, że odejście od poboru było drogą jedynie w jedną stronę - z racji sprzeciwu społecznego koszty polityczne przywrócenia poboru będą niezwykle wysokie. To oznacza, że Polska na długo czas została pozbawiona zdolności obrony własnego terytorium.

Radykalne obniżenie zdolności mobilizacyjnych wojska wiąże się z innymi negatywnymi czynnikami widocznymi w wojsku - przerośniętą kadrą wyższych oficerów, coraz starym sprzętem, brakami w uzbrojeniu itd.

Powolny upadek polskiej armii można byłoby kompensować skuteczną polityką zagraniczną, dzięki której Polska mogłaby liczyć na sojuszników oraz liczyć na pomoc w chwili zagrożenia. Jednak rząd - również z racji poprawności politycznej - prowadzi inną politykę. Politykę rozmiękczania więzów z sojusznikami, z jednoczesnym zacieśnianiem współpracy z potencjalnym agresorem. Do tej roli, czego nie chcą przyznać władze, pasuje obecnie najbardziej Rosja. I będzie do niej pasowała przez jakiś czas. W związku z tym polska władza - widząc rosnące zagrożenie - powinna grać na wzmocnienie kontaktów z USA oraz budować lokalne sojusze z potencjalnymi partnerami przeciwko Rosji. Czyni zupełnie co innego.

Polityka zagraniczna wraz z polityką militarną podejmowane przez rząd Tuska idą więc dokładnie w innym kierunku, niż wynikałoby to z wypowiedzi polityków, niż wynikałoby z potrzeby przygotowania Polski na to, o czym mówili w ostatnich latach premier, minister finansów, szef MON, szef BBN.

Jeśli rząd rzeczywiście chciałby przygotować Polskę na wojenne zagrożenia powinien natychmiast zacząć działać inaczej niż obecnie, powinien zwiększać zdolności operacyjne Polski w takiej sytuacji. Oczekiwanie na to wydaje się być jednak mrzonką.

Szczególnie, że równie ważne co przygotowanie polityczno-wojskowe jest przygotowanie mentalne polskiego społeczeństwa na zagrożenie, o którym mówią politycy. Tymczasem polska rzeczywistość zdaje się w sposób dokumentny być przesiąkniętą fatalnym dla Narodu i państwa zjawiskiem - ojkofobią.

W Polsce cała rzeczywistość, cała debata publiczna skutkuje rozmiękczeniem więzi z państwem, rozmiękczeniem relacji obywateli z państwem, obniżeniem morale obywateli, a co za tym idzie obniżeniem zdolności społeczeństwa do poświęcenia np. w chwili zagrożenia. Mamy wiele przykładów wystąpień tzw. autorytetów III RP, które wskazują, że walka o niepodległość kraju to był błąd, że patriotyzm jest czymś wstydliwym, że działanie na rzecz dobra wspólnego to przeżytek i frajerstwo.

Sprawa debaty publicznej, realia obecnej Polski wielu ludziom przywodzą na myśl prace znanego chińskiego stratega, Sun Tzu. Opisał on zasady, jakie pozwalają przejąć państwo wroga. Stworzył 13 złotych zasad:

1. Dyskredytujcie wszystko co dobre w kraju przeciwnika.
2. Wciągajcie przedstawicieli warstw rządzących przeciwnika w przestępcze przedsięwzięcia.
3. Podrywajcie ich (nieprzyjaciół) dobre imię. I w odpowiednim momencie rzućcie ich na pastwę pogardy rodaków.
4. Korzystajcie ze współpracy istot najpodlejszych I najbardziej odrażających.
5. Dezorganizujcie wszelkimi sposobami działalność rządu przeciwnika.
6. Zasiewajcie waśnie i niezgodę między obywatelami wrogiego kraju.
7. Buntujcie młodych przeciwko starym.
8. Ośmieszajcie tradycje waszych przeciwników.
9. Wszelkimi siłami wprowadzajcie zamieszanie na zapleczu, w zaopatrzeniu i wśród wojsk wroga.
10. Osłabiajcie wolę walki nieprzyjacielskich żołnierzy za pomocą zmysłowych piosenek I muzyki.
11. Podeślijcie im (nieprzyjaciołom) nierządnice, żeby dokończyły dzieła zniszczenia.
12. Nie szczędźcie obietnic i podarunków, żeby zdobyć wiadomości. Nie żałujcie pieniędzy, bo pieniądz w ten sposób wydany zwróci się stu krotnie.
13. Infiltrujcie wszędzie swoich szpiegów.

Widząc polską rzeczywistość polityczną, polską debatę publiczną można wręcz zastanawiać się, czy w Polsce nie jest realizowany scenariusz wrogiego przejęcia kraju. Scenariusz i strategia opisana przez chińskiego stratega Sun Tzu brzmi zaskakująco aktualnie…

Wypowiedzi rządzących sugerujące zagrożenie wojenne, wskazujące na potrzebę rozpoczęcia przygotowań Polski do zagrożenia stoją w sprzeczności z codzienną działalnością rządu Tuska, stoją w sprzeczności z działalnością środowisk dominujących i kształtujących polską debatę publiczną, które tworzą jedno środowisko wraz z obecną władzą.

O co więc tu chodzi? Mamy do czynienia z podsycaniem strachu wśród obywateli czy z powolnym szykowaniem Polski do natychmiastowej kapitulacji? Rządzący przecząc sobie wydają się utrącać inne możliwości…