W przyszły piątek, 4 stycznia warszawski sąd ogłosi wyrok w procesie oskarżonego o korupcję i mobbing b. ordynatora kardiochirurgii szpitala MSWiA w Warszawie dr. Mirosława G. oraz 20 jego pacjentów i członków ich rodzin, oskarżonych o wręczanie łapówek lekarzowi.

Dzisiaj Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa zakończył wysłuchiwanie mów końcowych w sprawie. Oskarżony kardiochirurg w wystąpieniu zamykającym mowy podkreślał, że czuje się niewinny i prosił sąd o sprawiedliwy wyrok. Wcześniej jego obrońca mec. Adam Jachowicz wnioskował o uniewinnienie swego klienta, a zarzuty aktu oskarżenia określił jako "oparte na bujnej wyobraźni".

W czwartek prokurator zażądał dla lekarza kary dwóch lat więzienia w zawieszeniu na pięć lat, 200 tys. zł grzywny, przepadku pieniędzy z łapówek i obciążenia kosztami procesu. Wobec pacjentów oskarżonych o wręczenie łapówek wnioskował o warunkowe umorzenie postępowania bez wymierzania kary.

B. ordynator kardiochirurgii szpitala MSWiA, 52-letni dziś dr Mirosław G. został w spektakularny sposób zatrzymany w lutym 2007 r. - agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego wyprowadzili go ze szpitala w kajdankach - co pokazano potem w telewizji.

Okazało się, że pan doktor Mirosław G. jest bezwzględnym, cynicznym łapówkarzem. Zebrane w tej sprawie dowody mogą też świadczyć o tym, że mogło też dojść do zabójstwa

- mówił wówczas szef CBA Mariusz Kamiński. Ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro dodał:

Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie.

G. wygrał proces cywilny wytoczony Ziobrze, który w 2010 r. przeprosił go za te słowa. Lekarz wygrał też cywilne procesy z "Faktem" i "Super Expressem" za słowa, że G. "zabijał w rządowym szpitalu" i nazwanie go "doktor-śmierć".

Mam nadzieję, że już żaden chirurg nigdy nie będzie zatrzymywany przez służby specjalne w drodze na salę operacyjną

- mówił przed sądem dr G. Poprosił sąd o "podjęcie próby wyjaśnienia, jak to możliwe, aby stosując reguły prawa można było krzywdzić ludzi".

Po tych czterech latach postępowania sądowego absolutnie nie czuję się winny

- zaznaczył.

Odnosząc się do zarzutów, dr G. powiedział, że w jego szpitalu nie mogło być korupcji, bo "na kardiochirurgii w tym czasie były wolne łóżka".

Każdy chory był traktowany tak samo, jako człowiek

- zaznaczył i dodał, że dla niego szczególne znaczenie miały przypadki trudne i wymagające szybkiej pomocy. Odrzucał także stawiane mu przez prokuraturę zarzuty o mobbing.

Prawa pracownicze są dla chirurga pewną abstrakcją, bo nigdy nie wie, kiedy skończy operację. To nie praca w magistracie. Nie wymagałem od pracowników więcej niż tego, co wymagano ode mnie i ja od siebie

- podkreślił.

Mówiąc o czynnościach Biura m.in. w domu rodzinnym, dr G. mówił w piątek przed sądem:

Moja rodzina w historii tylko trzy razy miała naruszony mir domowy - przez Wehrmacht, Gestapo i CBA.

W czwartek prok. Przemysław Nowak apelował do sądu o ocenienie tej sprawy "na chłodno i bez emocji". W ocenie mec. Jachowicza sprawy nie da się jednak postrzegać w oderwaniu od sytuacji politycznej sprzed pięciu lat i uwarunkowań związanych z - wówczas niedawno utworzonym - CBA. Biuro, jak mówił mecenas, potrzebowało "spektakularnego sukcesu".

W sieć wpadł wybitny kardiochirurg, który w ogóle nie powinien znaleźć się w rejonie połowów

- zaznaczał. Dodał, że

państwo nie zapanowało nad tą służbą i dało ogromne pieniądze komuś, kto w części nie potrafił tego wykorzystać.

Według obrońcy zarzuty korupcyjne nie są jednoznaczne w ocenie, gdyż czym innym jest okazywanie wdzięczności lekarzowi, a czym innym wręczenie korzyści majątkowej ordynatorowi w związku z pełnioną funkcją.

Często rodzina pacjenta w wypadku śmierci bliskiego szuka winnych wśród lekarzy

- zaznaczył. Dodał, że za postawionymi kardiochirurgowi zarzutami mobbingu może kryć się natomiast "urażona ambicja" podległych mu lekarzy.

Ten akt oskarżenia od początku się kruszy, jest to dzieło nadające się do podparcia biurka

- ocenił.

W piątek głos zabrał także mec. Waldemar Kaim, pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego - lekarza, który miał być mobbingowany przez ordynatora.

Nie neguję opinii, że na ławie oskarżonych zasiada wybitny kardiochirurg, ale nie powinien on kierować ludźmi

- zaznaczył.

Oskarżony lekarz w śledztwie zapewniał, że nigdy nie uzależniał operacji od łapówki. Przyznał, że pacjenci sporadycznie zostawiali mu koperty z pieniędzmi, które on "oddawał na potrzeby szpitala". Proces jest precedensowy m.in. jako sprawa o granice między korupcją a "okazywaniem wdzięczności" lekarzom przez pacjentów po operacjach.

Wobec G. toczą się też dwa oddzielne procesy. W 2010 r. Prokuratura Okręgowa w Warszawie oskarżyła go o "błąd w sztuce". W 2005 r. miał narazić pacjenta na niebezpieczeństwo utraty życia przez podjęcie decyzji o leczeniu zachowawczym, a według śledczych należało go zakwalifikować do zabiegu operacyjnego wymiany zastawki aortalnej. G. grozi do 5 lat więzienia. Nie przyznaje się także do tego zarzutu.

Z kolei w 2011 r. prokuratura oskarżyła G. o nieumyślne narażenie pacjenta Floriana M. na utratę życia i nieumyślne spowodowanie jego śmierci przez pozostawienie gazy w sercu po operacji. Pozostawienie gazika G. uznał za błąd w sztuce, ale nie przestępstwo. Grozi mu do 5 lat więzienia.

Proces jest precedensowy m.in. jako sprawa o granice między korupcją a „okazywaniem wdzięczności” lekarzom przez pacjentów po operacjach.

PAP, kim