W różnych dyskusjach przywołuje się norwidowskie wezwanie, aby się różnić pięknie. Wystarczy jednak włączyć telewizor lub zajrzeć na jakiś portal internetowy by spostrzec, że różnimy się niepięknie.

Witold Kieżun w wydanej ostatnio książce („Drogi i bezdroża polskich przemian”, Warszawa 2012) pisze, że w polskim życiu publicznym dominuje „syndrom wroga”. Profesor wskazuje, że jest to spadek po komunizmie. „Klasyczny marksizm – leninizm kształtował dychotomiczny obraz świata. Były dobre i złe narody, dobre i złe klasy.” Komuniści uważali, że każdy kto ma inne poglądy jest wrogiem. Wrogiem, którego należy, oczywiście dla dobra ludu, unicestwić. Metodę tę do ideału doprowadził niejaki Soso Dżugaszwili, który przybrał groźnie brzmiący pseudonim „Stalin”. Osobnik ten potrafił zbudować potężny aparat terroru i milionami mordował rzeczywistych i wyimaginowanych wrogów. Nie od tego zaczynał. Kiedy zdobywał pełnię władzy był zręcznym politycznym kombinatorem. Oto jak tłumaczył na czym mają polegać zawierane sojusze: partia bolszewicka ma być garnkiem żelaznym, a partnerzy bolszewików garnkami glinianymi. A realizacja sojuszu – wkładamy wszystkie garnki do worka i potrząsamy, aż z sojuszników zostaną skorupy.

Niszczenie wrogów przy pomocy zbirów z NKWD było więc ukoronowaniem politycznej kariery Stalina, a nie jej początkiem. Na początku było „tylko” odrzucenie moralności, był podstęp i sprytne wyprowadzenie w pole sojuszników i konkurentów, stosowanie zasady o celu uświęcającym wszelkie prowadzące do niego środki.

Może ktoś jednak powiedzieć jaki związek ma to co robili komuniści z przejawami życia współczesnej Polski? Niestety ma, sporo. Nie tylko z racji proklamowanej przez liderów PO wojny polsko-polskiej. Także dlatego, że zaraza „syndromu wroga” szerzy się po tzw. naszej stronie. Wśród ludzi o przekonaniach prawicowych, uważających się za patriotów deklarujących służbę Polsce, zabiegających o ochronę narodowych interesów pojawiają się coraz częściej wzajemne zarzuty opisujące oponentów jako wrogów. Stosownie do tego używa się języka często obraźliwego, oskarżającego oponenta o zdradę i wysługiwanie się jakimś ciemnym mocom. Wybierając poboczne wątki, wyrwane z kontekstu zdania, przekręcając sens wypowiedzi atakuje się odsądzając ludzi od czci i wiary. Dyskusje ad rem zastępują coraz częściej ataki ad personam.

Dlaczego tak się dzieje? Jest to skutek postępującego demontażu fundamentu na jakim powinna być oparta polska polityka i toczony w niej polityczny dyskurs. Tym fundamentem jest przestrzeganie moralności i etyczne zachowania. Niestety, to zasadnicze przesłanie wynikające z polskiej tradycji, odrzucane dotąd przez sierotki po PRL zaczyna być kwestionowane także przez polityków i publicystów „naszej” prawej strony. Oto nie dawno zdolny młody publicysta pracujący na co dzień w redakcji „naszego” wpływowego tygodnika opublikował książkę, w której skrytykował i wyśmiał ministra Józefa Becka za decyzje podjęte w 1939 r.

Autor książki przekonuje czytelników, że należało zapomnieć o moralności, podjąć grę z opryszkiem Hitlerem, a następnie wiarołomnie go napaść. Publicysta twierdzi, że taką cenę należało zapłacić, aby uniknąć straszliwych strat, które w wyniku niemądrej – jak pisze – decyzji Becka Polska poniosła.

Po zakończeniu kampanii polskiej 1939 r. niemieccy propagandyści oblepili płoty plakatami na których zmizerowany polski żołnierz stojący na tle ruin mówił do premiera Chumberliena: „Anglio! Twoje dzieło!”.

W kilkadziesiąt lat później polski publicysta przypominając miliony zamordowanych przez Niemców i Sowietów Polaków wskazując na ministra Becka zawołał: „to twoje dzieło!”

Przeczytałem książkę „Pakt Ribbentrop – Beck” uważnie. Jej autor wadliwie zinterpretował plany i możliwości stron uczestniczących w II wojnie światowej. Nie wie zbyt wiele o potencjałach państw uczestniczących w wojnie, nie zna ich możliwości wojskowych. Gdyby więcej wiedział, to wiedziałby też, że jego optymistyczny scenariusz końca wojny z Polską w roli mocarstwa budującego wspólnie z Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi nowy ład międzynarodowy świata jest fantasmagorią.

Jestem przekonany, że Polska w 1939 r. odrzucająca zasady moralne w polityce (ów honor ministra Becka) poniosłaby klęskę nie tylko materialną, ale także moralną. Zdruzgotane byłoby nie tylko państwo polskie, ale także polskość! Ponadto dziś dowodzenie, że w 1939 r. popełniono błąd ma szkodliwe następstwa. Jeden z publicystów napisał „… prawicowa krytyka polityki zagranicznej II RP zbiega się z wyraźnym wybielaniem historii niemieckiej. Skoro Polacy sami będą kwestionowali własne wybory, możliwość stawiania tamy rewizjonizmowi naszych sąsiadów okaże się iluzoryczna.”

W Polsce powstają grupy rekonstrukcyjne, które stawiają sobie za cel „wierne odtworzenie niemieckich wojsk lądowych w okresu II wojny światowej”, w tym jednostek walczących przeciwko nam w 1939 r.  http://www.ir49.pl/?a=grupa

Die Kampfgruppe Hoffmayer wzięła do niewoli polskich żołnierzy – świetna zabawa.


A tu zabawa rozkręca się - polski jeniec niesie drzewo, usługuje niemieckiemu.

Napisałem obszerny tekst usiłując argumentami wykazać, jak głęboko myli się spóźniony zwolennik paktowania z Hitlerem. Zachęcony wezwaniem redakcji, w której pracuje autor wspomnianej książki, aby podjąć dyskusję, wysłałem moją recenzję na adres e-mail redaktora naczelnego. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Po upływie ponad tygodnia zacząłem się dopytywać w redakcji, czy mój tekst w ogóle dotarł. Otrzymałem odpowiedź, że go mają. I natychmiast po tym w numerze tygodnika znalazłem informację, że redakcja postanowiła dyskusję nad książką zamknąć.

Do jednostki wojskowej przyszedł telegram informujący, że Kowalskiemu zmarła matka, a żołnierz miał iść na wartę. Dowódca polecił szefowi kompanii, aby możliwie delikatnie poinformował żołnierza o śmierci matki. Sierżant zarządził zbiórkę kompanii - Baczność, spocznij. Wszyscy, którzy mają matki wystąp! A Ty, Kowalski, gdzie się pchasz?

Ja usłyszałem: Wszyscy, którzy chcą dyskutować wystąp; Szeremietiew, gdzie się pchasz?