Więźniów przewożonych na warszawskie Powązki i chowanych w kwaterze Ł mordowano tak, jak oficerów w Katyniu, strzałem w tył głowy - mówi w rozmowie z Rzeczpospolitą Krzysztof Szwagrzyk - historyk IPN, który  kieruje ekshumacjami ofiar zbrodni komunistycznych.

Metoda katyńska przeniesiona na grunt polski po roku 1944. Również stosunek do ciał pomordowanych był bolszewicki. W Związku Sowieckim nie wystarczało człowieka zgładzić, należało jeszcze zatrzeć ślady miejsca jego pochówku. Aby nikt nigdy nie był w stanie znaleźć ciał, zidentyfikować zamęczonych. Tak działają kryminaliści. I tak działali polscy komuniści

- mówi Szwagrzyk. Historycy udowodnili także, że ciała ofiar nie były składane w grobach z szacunkiem. Wrzucano je do po prostu dołów, jedno na drugie.

Świadczy o tym ułożenie ciał. Nóg, ramion. Wielu ludzi leży na twarzy, boku. Zrzucano ich ze sporej wysokości. Prosto z wozu konnego, a później z ciężarówki. Często stopy lub ręce opierają się jeszcze o ścianę boczną grobów. (…)Najbardziej bulwersujące jest jednak to, z kim oni leżą. (…)Kwatera Ł Cmentarza Powązkowskiego, na której prowadziliśmy badania, została w latach 60., 70. i 80. przeznaczona dla ponownych pochówków. Nie jest przypadkiem, że umieszczono na niej groby bardzo wielu ludzi zaangażowanych w komunistyczny terror. Ubeków, prokuratorów wojskowych, sędziów wydających wyroki śmierci. Zbrodniarzy po kilkudziesięciu latach pochowano obok ofiar

- opowiada historyk. Wynika z tego, że np. gen. Emil Fieldorf leży obok Ilii Rubinowa, sędziego odpowiedzialnego za jego śmierć. Według Szwagrzyka, to nie przypadek.

Praktykę grzebania ludzi zasłużonych dla władzy komunistycznej w kwaterach wcześniej używanych do chowania ofiar czerwonego terroru stosowano również w wielu innych miejscach w PRL. Komuniści wierzyli, że ich system będzie wieczny. Uważali więc, że grobów znanych komunistów nikt już nigdy nie będzie rozkopywał. W ten sposób ślad zbrodni zginie na zawsze

- podsumowuje Krzysztof Szwagrzyk.

źródło: rp.pl/Wuj