Teatrzyk „Przegniły batonik” przedstawia sztukę „Przesłuchanie”

Osoby:

Donald Tusk – premier

Prokurator

Sekretarka

 

Miejsce: gabinet premiera w Kancelarii Premiera. Tusk za biurkiem z nogami na blacie. Na stoliku włączony telewizor, w którym leci mecz. Na biurku słone paluszki. Pukanie do drzwi. Zagląda sekretarka.

Sekretarka: Panie premierze, ten prokurator czeka już cztery godziny.

Tusk (ciężko wzdychając): Ech, no dobrze, nie wejdzie. Wprawdzie jeszcze prawie cała druga połowa, ale nie mam sumienia człowieka trzymać. Pewnie też ma żonę i dzieci.

 

Uchylają się szerzej drzwi, schylony w ukłonie wchodzi prokurator.

Prokurator: Bardzo dziękuję, szanowny panie premierze, że łaskawie zgodził się pan udzielić mi posłuchania i odpowiedzieć na kilka pytań, związanych z organizacją wizyty pana i tragicznie zmarłego pana prezydenta w Smoleńsku. Czy mógłbym usiąść?

Tusk (patrząc w telewizor): Usiąść? Nie. Chyba nie ma wolnego krzesła.

Prokurator (spoglądając na pięć stojących w gabinecie wolnych krzeseł i dwa fotele): A, tak tak, oczywiście postoję. A zatem – czy mogę zadać pierwsze pytanie?

Tusk (patrząc wciąż w telewizor i zagryzając słonymi paluszkami): No, jak pan już musi… Ja tam wierzę w niezawisłość prokuratury, ale oczywiście wszystko w rozsądnych granicach.

Prokurator (trzęsącymi się rękami wyciąga papiery z teczki): No tak, no tak, jasne, panie premierze… (nie posiadając punktu oparcia, wypuszcza z rąk i teczkę, i papiery, które upadają na podłogę)

Tusk (wciąż nie odrywając wzroku od ekranu): Posprzątać to proszę. Tu jest gabinet szefa rządu, tu się pracuje dla kraju, tu musi być ład i porządek.

Prokurator (zbierając papiery na kolanach): Jasne, to oczywiste, dziękuję za pouczenie, panie premierze. (pozbierawszy, wstaje) A zatem – jeżeli mogę, pierwsze pytanie. Ja bardzo przepraszam, że ja zadaję, ja muszę… (płaczliwie) Ja wyciągnąłem krótszą słomkę, bo myśmy mieli losowanie… ja wcale nie chciałem… Ja mam kredyt…

Tusk (dobrotliwie, zerkając na prokuratora): No dobrze, już, dobrze, pytaj pan.

Prokurator (drżącym głosem): A zatem… Jak pan premier powziął wiedzę o tym, że także pan prezydent planuje wylot do Katynia w krótkim czasie po panu? (ociera pot z czoła)

Tusk (patrzy w telewizor, zajada paluszki): Jak powziąłem? Wcale nie powziąłem. Coś tam w jakiejś gazecie przeczytałem. A może radiu usłyszałem czy w telewizji. Nie pamiętam, to dawno było. W ogóle niewiele co pamiętam.

Prokurator (usiłuje notować na stojąco): Tak, tak, rozumiem, panie premierze…

Tusk (zniecierpliwiony): No dobra, to wszystko? Bo męczy mnie już to przesłuchanie, a widzi pan przecież, że ciekawy mecz jest. I to dopiero pięćdziesiąta szósta minuta.

Prokurator (gnąc się w ukłonach, wycofując się tyłem do drzwi): Jak pan premier sobie życzy. Ja oczywiście rozumiem, pan premier bardzo zajęty, zmęczony służbą dla kraju…

Tusk: Dobra już, do widzenia. Sekretarka tam panu umówi jakiś następny termin, jak pan chce jeszcze o coś pytać. Za jakiś miesiąc może.

Prokurator (tyłem wychodząc z gabinetu): Oczywiście. Raz jeszcze stokrotnie dziękuję.

 

Kurtyna zapada, zagryzając słonymi paluszkami