Polemizowanie z Cezarym Michalskim jest zajęciem jałowym. Ani słucha kogokolwiek  poza sobą, ani może wskazać jakąkolwiek wartość, poza wiecznym prowokowaniem, której swoje pisanie poświęcił. A wymiana myśli to w sumie konfrontacja wartości.

Tak się jednak składa, że  jego teksty bywają prekursorskie. Po prostu nie nakładając na siebie żadnych ograniczeń, pisze to, przed czym inni mają opory.  Przypomnę, że to on jako pierwszy, jakieś dwa dni po katastrofie smoleńskiej, nie tylko ogłosił na portalu Krytyki Politycznej, że nie żałuje większości ofiar tej katastrofy, ale postawił tezę o pośpiechu narzuconym rzekomo załodze Tupolewa przez prezydenta. Tezę, która dopiero później stała się wyznaniem wiary antysmoleńskiej sekty.

Tym razem Michalski zajmuje się tym czym zwykle: biciem tak żeby bolało. Brygida Grysiak, dziennikarka TVN 24 (a prywatnie żona Konrada Ciesiołkiewicza, dawnego rzecznika rządu Marcinkiewicza i młoda mama) wydała książkę „Wybrałam życie. Abocja to nie jest powód do dumy”. Michalski nie jest w stanie rozmawiać z kimś przy zachowaniu respektu dla jego poglądów. Ogłasza natychmiast, że Grysiak nie lubi. Dlaczego?  Ponieważ aborcja jest zakazana, więc przyznawanie się do niechęci do niej jest ponoć tym samym, co przyznawanie się w PRL do niechęci wobec antykomunizmu.

Można by prowadzić z Michalskim dysputy oparte na logice. Czy publicysta Krytyki Politycznej lubi bicie kobiet? A jest przecież zakazane. A czy lubi okradanie Cezarego Michalskiego, połączone powiedzmy z naruszeniem jego nietykalności cielesnej. Zanim uczyni z aborcji symbol nonkonformizmu, mógłby chociaż dla porządku przestudiować te przykłady.

Ale naturalnie nie zrobi tego. Rozstańmy się wreszcie ze złudzeniem, że nasi przeciwnicy, przynajmniej niektórzy, są poszukiwaczami dobra, tylko że osiąganego innymi środkami. Znam ciągle takich liberałów. Oni by się w tym momencie zatroskali i szukali stosownych argumentów. Nie Michalski jednak, dla którego pisanie jest wyłącznie sztuką wprowadzanie w życie jednostek i społeczeństw chaosu. Chaosu, w którym nie ma się szacunku ani dla siebie, ani dla innych.

Czyniąc z Brygidy Grysiak „pięść bożą”, którą bije się innych, naturalnie obrzydliwie przesadza. Ona w ogóle nie odnosi się do stanu prawnego. Martwi się sytuacją, w której kobiety zaczynają postrzegać macierzyństwo jako opresję, a aborcję jako czymś czym można się chwalić.  Zupełnie tak jak są ludzie, supemachos, którzy będą się chwalili tym, że lubią przyłożyć swoim żonom czy kochankom.

To chwalenie się aborcją to w rzeczywistości społecznej Polski rzecz stosunkowo nowa. Nawet obóz proaborcyjny w latach 90. usunięcie ciąży przedstawiał jako zło. Konwencjonalnie, ale jednak przedstawiał. To tabu przełamała satyryczka Maria Czubaszek. I teraz to już poszło szeroką falą. Ta pani stała się nagle bardzo popularną osobą, gdy wcześniej już o niej zapominano. Bo pomogła elitom rozstać się z obłudą, która była hołdem składanym cnocie.

Michalski ze złem aborcji rozprawia się łatwo, jak z problemem Smoleńska. Porównując „zygotę” do łupieżu, jaki niszczy się każdego dnia na własnej głowie. Ale szukając pały na kruchą reporterkę TVN, której nawet trudno zarzucić, że coś komuś chce narzucać w wymiarze prawnym, znajduje. Nie wystarczy, że Grysiak nie przesądza o tym, co powinno być dopuszczone prawem, a co nie. Ona powinna żądać legalizacji aborcji. Tylko wtedy miałaby prawo chwalić się swoimi wartościami.

Tutaj chciałem jedynie zauważyć, że Brygida Grysiak miałaby prawo szczycić się własnym „wyborem życia” tylko wówczas, gdyby wcześniej zdołała doprowadzić do liberalizacji obowiązującej w Polsce ustawy antyaborcyjnej traktującej „niewybranie życia”, czyli przeprowadzenie aborcji, jako ciężkie przestępstwo. Jej apel o wybór życia” miałby zatem sens wyłącznie wówczas, gdyby był adresowany do kobiet, którym wybór istotnie pozostawiono. Tak jednak nie jest

 

– dowodzi Michalski

Konsekwencją byłaby konkluzja, że uczciwość ma sens jedynie wtedy, gdy wszelkie zło jest dopuszczone i zalegalizowane. To oczywisty nonsens. Gdybym zajął się praniem Michalskiego po buzi po to aby zabrać mu portfel, pierwszy zacząłby zapewne krzyczeć policja.

Ale pomysł aby czynić katolikom zarzut już nie tylko z czynnego zaangażowania się po stronie antyaborcyjnego prawa, ale z tego, że nie wzywają do jego zniesienia, to coś nowego. I znając logikę naszego życia publicznego, to co dziś jest ekstrawagancją samotnego Michalskiego, jutro stanie się ważną bronią obozu „postępu”.

A Brygida Grysiak budzi moją sympatie. Jej świadectwo osoby nie z mojej przecież bajki, można by powiedzieć związanej z mainstreamową instytucją, pokazuje, że dobra można szukać i znaleźć w różnych sytuacjach i miejscach.