Ta informacja mówi tak wiele, że właściwie trudno coś komentować: Rosjanie chcieli zlustrować, za pomocą pomocy prawnej ze strony polskiej, trzy pokolenia rodzin pilotów tupolewa, który 10 kwietnia 2010 roku uległ katastrofie w Smoleńsku.

Żądany zakres danych dotyczących przodków majora Dariusza Protasiuka i podpułkownika Roberta Grzywny był tak szeroki, tak niespotykany, że obudził alarm w Instytucie Pamięci Narodowej.Trudno nie zgodzić się z komentarzem Piotra Zaremby: Rosjanie bardzo dobrze wiedzą, czego chcą. I dostają.

Rosjan jednak zdziwił zapewne bierny opór jaki napotkali (dostali tylko kopię akt paszportowych, nic innego zresztą nie znaleziono). Przecież do tej pory robią w naszym kraju co chcą. A sporo chcą i dużo umieją. Żeby zaplanować taki ruch i go wykonać, trzeba mieć sprawność kagebisty i zdolność montowania prowokacji w stylu GRU. Bo po co takie dane? Komu mają służyć?

Warto zwrócić uwagę -tam, w Rosji, nie ma żadnego bałaganu! Działania są świadome, a na kilka ruchów do przodu przewidziane jest wszystko, łącznie z reakcją polskiej opinii publicznej. Jakże smutny jest fakt, że nasze władze nie są zdolne do żadnej odpowiedzi, że każą nam na nowo i znowu przeżywać i trawić rosyjskie prowokacje. Nakazują milczenie, kiedy tam niszczą dowody jeden po drugim.

Weźmy choćby rosyjską agenturę wpływu. Oto szef utrzymywanego przez Rosjan pisma branżowego przez miesiące jest stacją nadawczą ich tez. Realnie wpływa na opinię publiczną, dezinformuje. Ale państwo polskie milczy. Ba, media publiczne, rządowe, promują postać na całego.

Inny przypadek to facet po 30., od lat bez solidnej pracy pozwalającej utrzymać się w zawodzie dziennikarza, uczący się za to z pasją rosyjskiego w ambasadzie tego kraju. Cała jego robota to kręcenie się po Sejmie i udawanie dziennikarza. Po 10 kwietnia dostaje z Rosji materiały i wnioski MAK na pół roku przed ich ogłoszeniem. Rozgłasza to bezkrytycznie. Mówi jak rzecznik Putina. Staje się gwiazdą, "ekspertem" słuchanym z równą pasją z jaką zwalcza się wszelkie pytania.

Przykład tygodnika, kupionego - o czym huczy całe miasto - za rosyjskie pieniądze. Tygodnik, ten pierwszy wydaje wyrok na polskich pilotów, woła o ich rzekomej winie  - kilka tygodni po tragedii.

W środowisku dziennikarskim pojawił się w ostatnich kilkunastu miesiącach strach. Oni, Rosjanie - można usłyszeć - są gotowi zrobić wszystko. Może zabić nas jakiś kamaz, może zdarzyć się wypadek... A nas nikt nie obroni. Bo państwo polskie jest zajęte niszczeniem opozycji. A polskie służby specjalne albo są skrępowane, albo boją się same, albo zajęte są badaniem co robi opozycja.

To drugi - obok motywacji "mam kredyt" powód trwania wielu ludzi w kłamstwie.

Rosyjskie wpływy to nie jest coś co martwi tylko mnie. Uważni obserwatorzy analizujący informacje widzą dziesiątki takich sytuacji. Ale polskie służby nie widzą. Od dwóch lat rosyjska agentura wpływu (i nie tylko wpływu) wspólnie z pożytecznymi idiotami (klasyczne określenie zwolenników Sowietów na Zachodzie) grają w Polsce makabryczny koncert. Będzie on niestety trwał, bo w piątek polski premier znów za wroga uznał opozycję, a za zbrodnię i zdradę  postulat by Rosjanie oddali wrak. Użył słowa "Targowica". Nawet jego sojusznicy wiedzą, że raczej nie trafił. Ale co do epoki - to porównanie było jak najbardziej na miejscu.