Antyklerykalizm jest bardzo silną tendencją obecną u dużej części społeczeństwa. Zwłaszcza tego, które czuje ciągłość ideową z PRL-em. Antyklerykalizm jest idealną pożywką dla resentymentu. Byłem świadkiem ekscesów bandy pijanych łobuzów, którzy po wyjściu z baru wrzeszczeli, że wymordują czarnych. Czuli się pewnie awangardą postępu i modernizacji - elektorat Ruchu Palikota obok celebrytów tej rangi, co prof. Magdalena Środa.

To efekt retoryki antyklerykalnej obecnej w mediach głównego nurtu.

Onegdaj, za komuny funkcjonariusze SB zajmujący się Kościołem usiłowali wmówić społeczeństwu, że to zbrodnicza organizacja, bo miała inkwizycję. Było to nic innego jak klasyczna reakcja przeniesienia własnego obrazu na wroga, jakim był dla totalitarystów Kościół katolicki. Dzisiaj tę działalność prowadzą antyklerykalne gazety. Czego tam nie wypisują! Ale jest spora grupa osób, która wierzy w każde słowo. W jednej z takich gazet pisał morderca księdza, były oficer SB.

Instytucjonalny Kościół jest znakiem w przestrzeni publicznej, idei, które przekraczają horyzont tego, co polityczne i ekonomiczne. Kościół to strażnik tradycji i niewidzialnych struktur metafizycznych, w którym oparcie mają realności bezwarunkowe takie jak prawda, dobro i piękno. Jedni ludzie mają skłonność ku nim, inni nie. Gdy władzę przejmują ci drudzy, no to robią wszystko, aby zniszczyć, ośmieszyć, wyszydzić tych, którzy w te realności wierzą.

Pojęcia realności bezwarunkowych użył Leszek Kołakowski w swoich rozważaniach o micie. Można do nich dążyć także poza Kościołem. A temu, który będzie do nich dążył ot tak, dla osiągnięcia przyjemności wyższego rzędu, Kościół w niczym nie będzie wadził. Dążenie do nich jest niezbywalną częścią ludzkiego uposażenia, a przynajmniej tej lepszej części tego usposobienia. To instytucjonalne oparcie dla tych wartości jest solą w oku każdej władzy, która nie chce liczyć się z żadnymi ograniczeniami.

Nie wnikam tutaj w zawiłą historię samej instytucji Kościoła, ale jej wpływ na stworzenie demokratycznej Europy jest niewątpliwy. Pominę tutaj powojenną chadecką z ducha ideę Europy zjednoczonych narodów. Dwa wymiary tego wpływu są dla mnie oczywiste. Hasła „wolność, równość, braterstwo,” to, co  było ideologią Rewolucji Francuskiej przeszło do polityki z chrześcijaństwa. Drugi aspekt to stworzenie swoistej dwupartyjnej świadomości europejskiej.

Istnienie ponadnarodowej organizacji z centrum dowodzenia w Rzymie, powodowało, że Kościół był dla każdej władzy trudnym do zniszczenia przeciwnikiem. Tego szczęścia nie miał Kościół prawosławny, z wiadomymi konsekwencjami. Ta sytuacja silnej obecności instytucjonalnej powodowała, że na przykład, gdy w średniowieczu, książę czy król był okrutnikiem, lud mógł się schować pod płaszcz biskupa a jeśli biskup był satrapą, mógł szukać pomocy u księcia.

Bogaty instytucjonalny Kościół stanowił rodzaj zapory na uroszczenia władzy absolutnej. Bolszewicy i komuniści nienawidzili przede wszystkim tej niezależności od ich władzy. Bo nie o dogmaty chodziło ani o sprawiedliwość dziejową. W tym też znaczeniu można patrzeć na Kościół jako na udany projekt Opatrzności na tym smutnym raczej świecie. Pamiętam, że taką intuicję żywił wybitny myśliciel konserwatywny, poeta i wydawca Paweł Hertz, którego miałem zaszczyt poznać. Przestrzeń wolności możliwa jest tylko wtedy, kiedy władza jest rozproszona pomiędzy równoważące swe wpływy silne instytucje. Dlatego Kościół jeśli ma pozostać wpływowy, nie powinien być biedny.

Uderzenie w Kościół, to uderzenie w tę równowagę, w jedyną właściwie w Polsce stabilizującą życie społeczne instytucję.

Demokrata będzie taki właśnie system równowagi budował, neobolszewik będzie go niszczył. Po tym można bezbłędnie rozpoznać, kto jest kim. Kwestie osobistego stosunku do wiary z punktu widzenia tej instytucjonalnej demokratycznej pragmatyki, czy ktoś jest wierzącym, ateistą czy agnostykiem, jest sprawą drugorzędną, w krótkim przebiegu czasowym. W długim, nieobojętne jest dla przyszłości demokracji, czy wola demokratyczna ludzi jest wspierana żywą wiarą czy nie, bo wiara czyni człowieka odpornym na indoktrynację.

Zajadłość walki bolszewików z cerkwią, potwierdza to o czym piszę. A kolejna odsłona tego konfliktu ma cały czas miejsce. Nieżyjący wybitny filozof Leszek Nowak, krytyk totalitaryzmu, a jednocześnie marksista, władztwo totalitarne nazwał „Trójjedynymi panami”, co znaczyło, że władza polityczna, ekonomiczna i duchowa skoncentrowana jest w jednym ręku, w ręku partii totalitarnej.

PO chętnie by weszła w buty PZPR-u. Instytucjonalny kościół, ciągle silny, przeszkadza w dążeniu do monopolizacji władzy, bo bez wątpienia mamy w Polsce recydywę neokomuny. A mutacja totalitarna jest żywa.

Dlaczego o tym piszę? Działania wobec Kościoła ekipy Donalda Tuska to odsłona ataku lewackiej, posttotalitarnej ideologii, która służy tworzeniu konfliktu w celu zniszczenia Kościoła. I nie chodzi tu o żadną „elementarną sprawiedliwość”. Te słowa jako komentarz do rozmów z Kościołem w ustach Donalda Tuska brzmią jak kiepski żart. Chodzi o mobilizację antyklerykalnego motłochu, który jak ta władza, żadnych zasad i ograniczeń nie chce uznać, bo to przecież elita, „młodzi, wykształceni z wielkich miast”.  Widziałem takich jak wychodzili z baru w tym małym miasteczku. Na szczęście byli totalnie pijani, zamroczeni.  I to jest w tej opowieści jedyny element pocieszający.